Connect with us

Rozmowy kontrolowane

Człowiek spod wody

Renata Szymaszko

Publikacja

/

Kim jest człowiek, który umie przywitać śmierć, który daje dawno zgasłą nadzieję na życie, te tam, w nieznanym świecie. O silnej jak stal psychice. Człowiek spod wody — nurek do zadań specjalnych — Maciej Rokus – szef Grupy Specjalnej Płetwonurków RP.

W szkole średnio przykładał się do nauki. Dużo czasu spędzał na basenach i akwenach. Ale w takich miejscach, gdzie ćwiczenia odbywały się dla brygad antyterrorystycznych. Brał udział w różnych zawodach. Przeszedł długą drogę, aby dziś być w miejscu, w którym jest i …dalej idzie.

— Matka chciała, żebym poszedł na Akademię Ekonomiczną. Nie bardzo mi to leżało, nawet zdziwiłem się, że zdałem egzamin, i ja, ten pierwszy rok na tej akademii naprawdę się starałem. Ale i tak cały czas myślałem o wodzie. Na drugim roku już zacząłem myśleć o wyjazdach i ucieczce nad wodę. Wiesz, zaginięcia, poszukiwania, te sprawy, już byłem w to zaangażowany. Ciągle ciągnęło mnie do wody i cały czas gdzieś mnie intrygowały nierozwiązane sprawy. Zacząłem nurkować już jako młody człowiek. Realizowałam się pod kątem pracy nurka. Ćwiczyłem, ile czasu jestem wstanie wytrzymać z zatrzymanym oddechem pod wodą.

Rzuciłeś naukę?

— Nie, na akademii poznałem dziewczynę, która wzięła mnie w cugle. Udało mi się skończyć tę szkołę. I szczerze powiem, to uczyłem się dla niej. Nawet miałam średnią z tych studiów 4,7. Sam tym byłem zaskoczony (śmiech). Ale okazało się, że te poszukiwania, współpraca z sądami, prokuraturą, z policją to to, czym ciągle byłem zajęty.

Szkoła życia?

— Chodziłem więc z tą swoją „pracą” do prokuratorów czy policji, ale nie traktowano mnie poważnie. Krótko mówiąc, mogli robić ze mną co chcieli. Zwykły nurek nie miał przełożenia na pewne sprawy. Postanowiłam więc się pouczyć. Myślałem… nawet dla samych papierów. Chciałem po prostu mieć kwit. Będą papiery, będą mnie inaczej traktować. Postanowiłam więc podjąć studia na Uniwersytecie Śląskim. To było zarządzanie sytuacją kryzysową, zarządzanie bezpieczeństwem. Te studia bardzo mnie interesowały, ukończyłem je z wynikiem bardzo dobrym. Potem zaproponowano mi studia na Uniwersytecie Jagiellońskim i tam ukończyłem prawo dowodowe, a to już poważniejsza sprawa.

Cios za ciosem i szansa na jeszcze więcej

— Mimo wszystko miałem niedosyt, czegoś mi brakowało. Cały czas gdzieś tam we mnie tkwiła Akademia Marynarki Wojennej. Trochę żałowałem, że nie zacząłem studiować bezpośrednio na tej akademii.
Pewnego dnia zadzwonił do mnie pewien Komandor i powiedział: słuchaj, czy chcesz przyjść na akademię. Mimo że miałem daleko, postanowiłem pójść za ciosem, złożyłem papiery i zostałem przyjęty. I znowu podjąłem naukę … Tam ukończyłem studia na Wydziale Nawigacji i Uzbrojenia Okrętowego na kierunku Hydrografia, z wynikiem bardzo dobrym.
W trakcie nauki zmarł mój promotor. Śp. kmdr por. dr inż. Dariusz Szulc, z którym razem pracowaliśmy przy białym szkwale. Razem oddawaliśmy ciała rodzinom. Niestety, na mojej obronie już się nie pojawił i trochę mnie to dobiło. Kmdr dr hab. inż. Mariusz Wąż profesor AMW, wspaniały człowiek, zaprosił mnie żebym prowadził zajęcia na akademii.
Uznałem to za ciekawą propozycję i pomyślałam, że spróbuję. Te zajęcia prowadzę do dziś.
Kończę także studia na Uniwersytecie Warszawskim, Archeologię Podwodną, została mi tylko obrona.

Szkoła szkołą, a praktyka, poszukiwania, sprawy trudne?

— Co do spraw poszukiwawczych, to są to prace trudne. Tak jak ta w Ełku. Wiesz, to jest tak, że dostajesz jakąś informację i rozważasz, i jedziesz.
Jednak najczęściej dostają sprawę z prokuratury, bo jestem także biegłym sądowym, prawdopodobnie jedynym w Polsce, z zakresu prowadzenia eksperymentu procesowego np. pod kątem jak doszło do śmierci wodzie, później prowadzenie badań z zastosowaniem urządzeń hydroakustycznych, nawigacyjnych i nurków zawodowych oraz poszukiwania osób na obszarach trudno dostępnych, itp. Byłem też w biegłym dla rodziny Ewy Tylman.

Czy przeraża tyle śmierci wokół ciebie?

— Te prace, te poszukiwania czy rozwikłanie tak trudnych spraw, to są zagadki, w których brakuje części układanki. Wiesz, to są sprawy trudne, które nie pozostają dla mnie bez znaczenia. Mogę sobie wmawiać, że tak nie jest, natomiast gdzieś to tkwi we mnie, tu w środku. Nie mam znieczulicy, do każdej sprawy podchodzę indywidualnie.

Śmierć, można się do niej przyzwyczaić?

— Przyzwyczaić się do tragedii jest bardzo ciężko, musiałbym być chyba psychopatą. Ja to po prostu znoszę tzn. radzę sobie z tym sam. Czasami tłumaczę sobie, … wiesz takie trudne momenty, to takie nasze czarne Victorie, tak bym to nazwał. To jakieś niby zwycięstwo zawodowe, znalezienie kogoś np. po 12 czy 15 latach. Na przykład, wtedy kiedy oddawałem matce syna. Ona czekała na tego zaginionego syna 7 lat. Zmarła na raka po trzech miesiącach, po tym jak wydobyliśmy z wody jego ciało.

Czy pod wodą musi pracować wyobraźnia?

— Cała moja grupa to są wybrani ludzie, a dokładnie wybrani z wybranych. To osoby o silnej konstrukcji psychicznej. Ale i ludzie, którzy nie mają zbyt wielu bliskich wokół siebie, po to, aby mogli wyjechać w każdej chwili np. trzy cztery miesiące muszą być poza domem a czasami nawet pół roku. To ludzie z misją. Pracują ze mną osoby, które mają wysoki iloraz inteligencji i ogromną wyobraźnię, i intuicję. Musimy wierzyć w to co robimy. W moim zespole nie ma miejsca dla przypadkowych osób.

Każdy z nich ma coś w sobie wyjątkowego, na czym się zna najlepiej. W naszej grupie jest tak, że każdy każdego musi zastąpić i może go zastąpić. W zależności też od sytuacji dobieram sobie ludzi o różnych specjalizacjach, po to, żebyśmy byli skuteczni i przede wszystkim zależy mi na tym, abyśmy nie narażali własnego życia.

Jak to było w przypadku Ełku? Dostajesz sygnał, że 6/7 lat temu zaginął tutaj młody chłopak. Prawdopodobnie „zabrała go woda” i co?

— Tak jak mówiłem, najczęściej dostaję sprawy z  sądu lub prokuratury, ale i czasami od rodzin, tak było też w Ełku. Zostałem poproszony o pomoc i przyjechałem.
Miałem też przypadek z Gustawem Markiem Brzezinem. Opowiedział mi o chłopaku, który dla matki popłyną łodzią po drewno i już z tej wyprawy nigdy nie wrócił. Po prostu zaginął. Łódki wtedy też nie znaleziono, jedyne co znaleziono to kilka klocków drewna i wiosła i, to było wszystko i było to 10 lat temu. A ja mówię mu, znajdę ciało, ale proszę mi napisać faks. Brzezin uśmiechnął się, może nawet trochę ironicznie, … bo wiesz po 10 latach, chyba sam w to nie wierzył. No i dostałem ten faks, i woziłem go ze sobą w samochodzie, i czekałam na jakiś dziwny moment, żeby właśnie wtedy tam pojechać. Intuicja, że to właśnie już, żebym zaczął szukać. I pojechaliśmy. Do Zwierzewa nad jezioro Szeląg Wielki.

 

Co wtedy mówisz tym czekającym matkom, które schowały gdzieś na dnie swego serca ból i nadzieję. Zjawiasz się, przypominasz o wszystkim i dajesz wiarę. Czy jest tak, że są to ludzie już pogodzeni z losem?

— Polacy są bardzo rodzinni i oni zawsze chcą odnaleźć swoją rodzinę i swoich bliskich, a szczególnie matki. Nie spotkałam jeszcze takiej, która jest z tym pogodzona. Polacy bardzo kochają swoich bliskich, powiedziałbym nawet do szaleństwa. Ten ból oczekiwania na jakąkolwiek wiadomość chyba nigdy nie mija. Nie przestają, czekają ciągle. Zawsze chcą poznać prawdę, czyli co się wydarzyło z moją bliską osobą, gdzie teraz jest. Ale przede wszystkim chcą potwierdzenia tego, że faktycznie taka osoba nie żyje.

Kiedy dzwonisz i mówisz: odnajdę pani dziecko…

— Takich rzeczy nie mówię przez telefon. Przychodzę do domu lub się z tymi ludźmi spotykam, siadam, rozmawiam. Staram się rozluźnić atmosferę. Ja wiem, że to są sprawy przykre, przedstawiam tę sytuację i czasami namawiam żebyśmy jednak spróbowali. Często jest tak, że jednak dajemy ludziom od nowa nadzieję, że wrócimy im ich bliskich.
Ta w Ełku, to sprawa bardzo trudna. Po poznaniu historii poznałem całą dokumentację i spotkałem się z komendantem policji, który był dla mnie bardzo przychylny. Potem odbyłem rozmowę z szefem wydziału kryminalnego i …wyszedłem szczęśliwy, bo przede wszystkim miałem punkt zaczepienia.

Na podstawie wypowiedzi z policji przygotowałam plan, który okazał się trafny. Pracy było bardzo dużo, bo trzeba było w tej sytuacji przeczesać całe jezioro, czyli przed mostem, za mostem, przy zamku, w mieście, wszystko. Zapewniono nam tu w Ełku też opiekę. Bardzo przyjemny okazał się prezydent miasta, duże podziękowania Wojciechowi Kossakowskiemu i panu staroście. Naprawdę w Ełku są fajni ludzie, bo dla nas zapewnienie tego całego socjalu jest bardzo ważne, bo to jest podstawa, żebyśmy mogli w ogóle tutaj przebywać. Oni nam to zapewnili, ten byt tutaj, podczas poszukiwań. Nie czuliśmy się w twoim mieście samotni. Dziękuję także za zaufanie rodzinie Łukasza.

Jak powiedziałeś to rodzinie Łukasza, jak to zostało przyjęte?

— Zadzwoniłem do nich dzień wcześniej przed wydobyciem ciała.  Już mieliśmy namierzone obiekty o cechach geometrycznych przypominających do złudzenia ludzkie ciała do weryfikacji, więc nie poszedłem tam w ciemno. To nie była łatwa sprawa. Powiedziałam im to co mi serce dyktowało. Czy mi w to wierzyli, czy nie – zostawiam to dla siebie, ale byli dla mnie bardzo wyrozumiali.
Jego matka dała mi ażur po to, żeby zawinąć ciało. Przygotowała go osobiście, zresztą każdą matkę o to proszę. Cała tragedia jest w tym, że ta czarna Victoria polega na tym, że się odnajduje ciała. Ale najtrudniejsze do zniesienia jest to, kiedy matka poprosi nas żebyśmy poszli z nią i odwrócili do niej twarzą ciało syna, bo chce z nim porozmawiać.

Są dla ciebie momenty nie do wytrzymania?

— No, to jest właśnie taki i jeden z najcięższych momentów, kiedy matka żegna się ze swoim dzieckiem. Jest to dla mnie bardzo trudne. Czasami przy takich sytuacjach lecą łzy.
Pamiętam, kiedy oddawałem ciało takiej studentki, która popełniła samobójstwo i matka nas poprosiła żebyśmy tylko my ją odnaleźli, to była specjalna prośba. Ona napisała list pożegnalny i jak ją odnaleźliśmy, malutką, szczuplutką — to tak, wtedy nie wytrzymałem. Też wtedy jak się matka z synem żegnała, taka w podeszłym wieku kobieta, to wtedy też poleciały mi łzy i było to dla mnie ogromnym ciosem.

Są sprawy, których nie możesz ruszyć?

— Raczej takich spraw nie ma. Jak mogę to po prostu robię. Jak nie mogę to też robię ( uśmiech) i nie cofnę się przed niczym, nawet jeżeli komuś to nie jest na rękę.

Od strony technicznej, jak to wygląda?

— Zawsze w takich sprawach czekamy na prokuratora. Dopiero wtedy jak przyjdzie prokurator, wydobywamy ciało na powierzchnię. Tutaj w Ełku było dużo niewiadomych.
Wynikało to z tego, że młodzi ludzie nie mieli wystarczającej wiedzy na temat okoliczności zaginięcia i wtedy szuka się bardzo trudno. Praktycznie po omacku a biegłemu trzeba mówić wszystko jak adwokatowi. Wtedy jesteśmy bardziej skuteczni. Ważne jest to, żeby przy poszukiwaniach oddzielić plewy od ziarna, wyłuskać co jest ważne a co mniej ważne.
W sprawie Łukasza były to już pewne przesłanki, że praktycznie było od początku wiadomo, że to jest on, bo to, co miał przy sobie czy jak był ubrany — to już są ślady, które wskazywały właśnie na niego. Ale ciało wymagało wykonania badań DNA i  one wtedy dają nam stuprocentową pewność.

Badanie-Wisły Kraków

 

 

Dla kogo czarna Victoria?

— Ten symbol zwycięstwa raczej jest dla zespołu a dla nich taki spokój wewnętrzny. Ukojenie, zabliźnienie ran i koniec pewnej tragedii, i pewność, żeby można było już w końcu przyjąć jako pewnik, że dana osoba nie żyje, że już jej faktycznie nie ma i nigdy nie będzie.

Mamy jedno z najgłębszych jezior w Polsce, co byś przekazał ełczanom?

— Chciałbym powiedzieć, żeby przede wszystkim nie wychodzili z takiego założenia, że coś złego się może przydarzyć każdemu, a nie im. Żeby wiedzieli o tym, że nie można przewidzieć różnych zagrożeń, ale trzeba być zawsze na nie przygotowanym, bo woda jest żywiołem, którego należy mieć dystans. Trzeba być przygotowanym i zabezpieczonym. Jeżeli wymagają od nas kapoków, to je zakładajmy. Jeżeli ktoś pływa łódką wiosłową to musi wiedzieć, że ona ma być zbudowana w taki sposób ,że między kadłubem a poszyciem powinny znajdować się komory wypornościowe. Należy też wiedzieć czym różni się kamizelka asekuracyjna od kamizelki ratunkowej i kiedy należy używać takiego sprzętu.
Nie zapominajmy, że bojka asekuracyjna ratuje ludzkie życie. Osoba, w razie potrzeby zawsze może się jej złapać.
Jednak, przede wszystkim najczęstszą przyczyną utonięć jest tzw. wstrząs termiczny.
Następuje wtedy, kiedy ktoś rozgrzany w nagły sposób zmienia środowisko powietrzne na środowisko wodne, czyli wskakuje do wody, serce nie jest w stanie w tak krótkim czasie przepompować takiej ilości krwi i ulega ono zatrzymaniu, i wtedy opadamy na dno. Trzeba pamiętać o tym, żeby zawsze robić rozgrzewkę a do wody wchodzić stopniowo. Ochlapać miejsca wrażliwe: okolice kostek, łydek, klatki piersiowej, okolice szyi — to są naprawdę bardzo ważne sprawy.
Dziękuję za rozmowę.

 

Czytaj więcej
Reklama
komentuj

Zostaw odpowiedź

Rozmowy kontrolowane

O powrocie do kraju, misji i pracy

Agnieszka Czarnecka

Publikacja

/

Jaka była Pani droga do służby?

Długa i daleka :-). Kiedy byłam w wieku moich kadetów, służba kobiet usłana była cierniami. Bardzo ciężko było kobiecie wstąpić do wojska, a w wielu formacjach w ogóle nie było takiej możliwości. Czasy się zmieniają, co mnie niesamowicie cieszy, bo już niezwykle rzadko ktoś zmienia gąsienicę do czołgu ręcznie :-).
Kobiety sobie świetnie radzą w armii. Uważam, że skoro mężczyzna może być doskonałym wizażystą czy fryzjerem, to kobieta też może być doskonałym żołnierzem. Nie każda, ale nie wolno zamykać drogi tym, które potrafią.

Tradycje rodzinne?

A.P.: Chyba tak … Ja przez bardzo długi okres wpatrywałam się w mojego ojca. Był dla mnie ogromnym autorytetem. Dzisiaj takim autorytetem stał się dla mnie mąż – również żołnierz. Tata zaczął od służby zasadniczej, a skończył w stopniu majora, i w takim też stopniu odszedł na wieczną służbę, też był medykiem, pracował w 108. Szpitalu Wojskowym w Ełku, służył również w jednostce powietrzno-desantowej. Działał na rzecz dzieci i osób niepełnosprawnych. Starał się utworzyć nowe świetlice w Ełku i nowe sale rehabilitacyjne. Został odznaczony wieloma medalami, a najważniejszym, i jedynym, który umieściliśmy na jego pomniku, jest Medal Kawalera Orderu Uśmiechu – za działalność na rzecz dzieci. Tata był również wykładowcą akademickim. Moja droga do służby wyglądała następująco: najpierw praca w szpitalu wojskowym, potem wyjazd na misję, w międzyczasie pracowałam na kilku uczelniach wyższych (z zawodu jestem pielęgniarką – medykiem), gdzie przez 13 lat wykładałam biomedyczne podstawy rozwoju człowieka. Jako pracownik szpitala wojskowego złożyłam akces wyjazdu na misję, w tym czasie były to misje w Afganistanie (9. i 10. zmiana PKW Afganistan). Pracowałam w dowództwie operacyjnym sił zbrojnych. Po powrocie z misji stwierdziłam, że chyba to jest to, co chciałabym w życiu robić. Zaczęła się długa droga do służby, bo już i wiek mój był „słuszny”, skończyłam bowiem 35 lat. Odbyłam służbę przygotowawczą w Centrum Szkolenia Artylerii i Uzbrojenia w Toruniu, gdzie zrobiłam specjalizację artylerzysta-topograf, następnie kurs oficerski w Akademii Marynarki Wojennej, na specjalności oficer wychowawczy. Nie ukrywam, że zabiegałam o tę specjalność, dlatego, że jest ona ściśle związana z pracą w szkole. W trakcie powstał projekt Centrum Edukacji Mundurowej. I tak w Ełku utworzono liceum wojskowe, którego jestem dyrektorem.

Czas, kiedy była Pani na misji, był czasem trudnym?

A.P.: Zmiana 9. była zmianą najbardziej bojową w historii polskiego kontyngentu wojskowego w Afganistanie. Stamtąd wywozi się różne rzeczy. Wspomnienia – lepsze i gorsze, ale też przyjaźnie, i inne poczucie wartości. Mnie dzisiaj cieszy wszystko, nawet woda w kranie. Człowiek, który wraca z misji, zaczyna patrzeć na swoje życie z innej perspektywy.

Jak z Pani nieobecnością radziła sobie rodzina?

A.P.: Moja córka przeszła ciężki okres, kiedy byłam w Afganistanie. Trójka dzieci została w domu z babcią. Ja i mąż byliśmy na misji. On wrócił pierwszy. Ja zostałam. Dopiero „dziś” moja córka, wie część z tego, co tak naprawdę się tam działo. Dzieci były przekonane, że jadę do szpitala pomagać chorym dzieciom w Afganistanie. Poniekąd tak trochę było. Wielokrotnie udzielałam pomocy cywilom, w tym dzieciom z różnego rodzaju schorzeniami i urazami, ale głównym obowiązkiem medyka wojskowego jest zabezpieczenie żołnierzy pełniących obowiązki na misji. To był bardzo trudny czas i jednocześnie swego rodzaju test, czy rodzina sobie poradzi.

Pamięta Pani powrót do kraju?

A.P.: Jest taka wystawa fotograficzna pt. „4 minuty”, którą przygotowała Kamila Dobrowolska, w ramach swojej pracy dyplomowej. Opiera się ona na wywiadach z weteranami. Dlaczego „4 minuty”? Nazwa wzięła się stąd, że mieliśmy 4 minuty dziennie na połączenia do kraju przez wojskowy węzeł łączności. Przez te 4 minuty trzeba było opowiedzieć, co się dzieje w Afganistanie, oczywiście zachowując tajemnicę służbową, dowiedzieć się, co się dzieje w Polsce, powiedzieć, co się czuje i jak się kocha. Takie 4 minuty powrotu do rzeczywistości. Nie zawsze, bo jak był ostrzał, to nie było łączności. Pani Kamili opowiedziałam o tym, jak wyglądał mój powrót do kraju. Był dość trudny, ponieważ najpierw mieliśmy ustalony lot, później okazało się, że tego lotu nie będzie, ponieważ w tym dniu zginęło pięciu naszych żołnierzy … Loty zostały przestawione. Do tego doszedł długi okres oczekiwania na informacje. Ale w końcu wróciłam. Była zima. Podjechałam wojskowym busem. Pamiętam, jak szłam w kierunku domu. Na szybie było „wychuchane” okienko, a w nim przylepiony nos mojej córki. Takie właśnie zdjęcie znajduje się na wystawie. Dzieci czekają i za to się je kocha…

To już 4 lata ełckiego CEM-u. Jak ocenia Pani ten czas?

A.P.: Szkoła działa czwarty rok, przy czym tak naprawdę już 5 lat, ponieważ przez rok przygotowywaliśmy się do tego, żeby uruchomić CEM. Budynek i całe zaplecze dydaktyczne musiało być gotowe. Rozwijamy się bardzo mocno. W tej chwili mamy prawie 200 uczniów z całej Polski, a jeden z naszych kadetów pokonuje do domu odległość 750 km.

Jak wygląda proces rekrutacji?

A.P.: Rozmowa rekrutacyjna polega głównie na ustaleniu, czy kandydat chce iść do CEM-u, bo takie jest jego marzenie, czy próbuje spełnić czyjeś ambicje: mamy, taty, starszego brata, wujka itd. Czy czasami nie jest to zainteresowanie „na chwilę”, związane z rosnącym poziomem testosteronu? Jeśli kandydat rzeczywiście jest zainteresowany związaniem swojej przyszłości z wojskiem, to przez 3 lata odbywa się cały proces kształtowania tego młodego człowieka. Co ważne, w naszej szkole nie uczy się wyłącznie młodzież wybitna. Bo nie sztuką jest przyjąć samych kadetów z czerwonym paskiem na świadectwie i zrobić z nich świetnych kandydatów na żołnierzy. Sztuką jest przyjąć różną młodzież, wszystkich kadetów kształcić jednakowo, i każdemu dać szansę. W CEM-ie uczą się, również dzieci z placówek opiekuńczo-wychowawczych. Radzą sobie bardzo dobrze.

Czy wszyscy kadeci CEM-u zostaną żołnierzami?

A.P.: Jesteśmy ewenementem, gdyż praktycznie 80 proc. składu kadetów zgłosiło chęć wejścia w struktury Wojska Polskiego. Do tego stopnia rozwija się tutaj idea wsparcia ełckiego batalionu lekkiej piechoty (Wojska Obrony Terytorialnej) i innych batalionów w pobliżu, że powstała lista rezerwowa. Kadeci, którzy w tej chwili są jeszcze niepełnoletni, poprosili w wojskowych komendach uzupełnień o zrobienie takiej listy, i będą powoływani w sytuacji, kiedy skończą 18 lat. Więc zainteresowanie jest bardzo duże i świadomość jest bardzo duża. Myślę, że to jest taka naturalna kolej rzeczy. Przychodzi młody człowiek, który jest zainteresowany służbą, w szkole poznaje „blaski i cienie” tej służby, a następnie przechodzi w trakcie nauki (połowa drugiego roku szkoły) do wojsk Obrony Terytorialnej. To, czego uczy się w szkole, w praktyce sprawdza już w batalionach OT. Kończąc szkołę, uczeń ma możliwość przejścia do pracy jako żołnierz zawodowy, lub pójścia dalej — w kierunku rozwoju kariery zawodowej — na studiach oficerskich, czy innych uczelniach wojskowych. Oczywiście, część z tych młodych ludzi, podczas 3 lat nauki, weryfikuje swoje marzenia. Mamy kadetów (absolwentów), którzy wybrali zupełnie inną drogę rozwoju.

Z czego to wynika?

A.P.: Nie jest sztuką pokazać komuś wojsko od tej dobrej strony. Jest cudownie, masz co miesiąc wypłatę, dostaniesz mundur, wszyscy cię szanują… Wojsko tonie praca, to służba. Pomysł na całe życie. Chcemy, żeby nasi kadeci świadomie dokonywali wyborów. Nauka w CEM-ie nie skupia się tylko i wyłącznie na tym, że dzieci siedzą na zajęciach, albo wyjeżdżają w teren. Jedno – to są zajęcia obowiązkowe, drugie – to zajęcia dodatkowe. One wiedzą, że aby osiągnąć w życiu założone cele, trzeba w to włożyć bardzo dużo wysiłku, również wtedy, kiedy ktoś od nas tego nie wymaga. Nasze dzieci po zajęciach odrabiają lekcje, przygotowują się na następny dzień, biegają, chodzą na siłownię, i na pływalnię, biorą udział w różnego rodzaju zgrupowaniach, szkoleniach i konkursach. Uczą się dodatkowo języków obcych, żeby rozszerzyć nabytą w CEM-ie wiedzę.

Ciąg dalszy na następnej stronie

Czytaj więcej

GALERIE

Własna Franciszka historia prawdziwa …

Adam Sobolewski

Publikacja

/

Służył na niemieckim froncie wschodnim, jako trofeum przejęła go Armia Czerwona, w Kaliningradzie był szykowany na III wojnę światową. Trafił do Ełku, teraz w Oleśnicy pasjonaci przywracają go do życia. Bo „Franciszek”, czyli parowóz o numerze Ty2-1258 to lokomotywa z duszą.

Rozmawiamy z Markiem Kamaszyło, prezesem Oleśnickiego Stowarzyszenia Miłośników Techniki OLSENSIUM, czyli organizacji pozarządowej, która przygotowuje widniejący na muralu przy ulicy Sępa-Świackiego parowóz o numerze Ty2-1258 do powrotu do Ełku w sentymentalnej podróży, która zabierze nas w erę industrialną, gdy królowały węgiel i para wodna.

Parowóz jest w trakcie renowacji?

– Zacznijmy od początku. Ten parowóz, który widnieje na muralu, kupiliśmy 5 lat temu na przetargu z PKP. On był w Ełku, został odstawiony, gdyż trakcję skreślono. Tutaj miał powstać skansen, ale nic z tego nie wyszło. Były plany, żeby sprzedać parowóz, na tzw. żyletki, ale dzięki staraniom wielu osób parowóz został wpisany do rejestru zabytków i był niejako „bezpieczny”. My jako stowarzyszenie szukaliśmy od kilku lat takiego parowozu, który byłby w miarę kompletny i można by było go wyremontować. Trafiliśmy do Ełku, gdzie Mirosław Sawczyński zaprezentował nam wasze bogactwa kolejowe i opowiedział o ich historii. Oglądaliśmy różne parowozy, wśród nich ten o numerze Ty-1285, który został w Ełku. Jest to bardzo ciekawy eksponat, tzw. doświadczalny, gdyż ma sztoker, czyli mechaniczny podajnik węgla, bardzo nowoczesna technologia jak na owe czasy, a był on nawet przygotowywany do opalania gazem. Stało się tak, że Muzeum Broni i Militariów z Witoszowa Dolnego kupiło parowóz Ty2-1258. Nie obyło się jednak bez pewnych zawirowań, ja byłem w tym czasie wolontariuszem Muzeum, które zwróciło się do Stowarzyszenia, żeby pokryć koszty.

Czyli, żeby kupić Ty2-1258

– Tak, kupiliśmy go i został przypisany na nas. Przez pół roku przyjeżdżaliśmy do Ełku bez zbytniego rozgłosu, żeby spotykać się na stacji, przygotować go do zabrania do Oleśnicy. Został uruchomiony Klub Sympatyków Kolei z Wrocławia i zaczęliśmy przygotowywać ełcki parowóz do podróży. Udało się, uzyskaliśmy pozwolenia na przejazd i z prędkością 40 km na godzinę przejechaliśmy 600 km, a podróż trwała 3 dni, co 40 km musieliśmy stawać, smarować, sprawdzać, czy wszystko gra, gdyż był to pociąg specjalny.

Pamiętam, jak ten parowóz stał na bocznicy w Ełku i niszczał, użytkowany głównie przez miłośników taniego wina …

– Tak. Trzeba było zamówić kontener śmieci, żeby powyrzucać strzykawki i masę różnych innych dziwnych rzeczy, które były w tym parowozie, brakowało też dużo z jego części i wyposażenia. Obecnie mamy go skompletowanego, jest on całkowicie rozebrany, rozbiórka trwała 3 lata. Jak niegdyś naprawiano parowóz? Przyjeżdżał on do Oleśnicy, gdzie brygada opisywała, co jest w nim dobre, co z nie, ogrzewano palnikami, z magazynu zamawiano nowe części i zakładano. Jednak teraz nie ma nowych części do parowozów, a Ty2-1258 składa się z 1600 elementów.

Jaka jest jego historia?

– Bardzo ciekawa. Został wyprodukowany w 1942 roku w fabryce w Kassel, jeździł na front wschodni. W ostatnich dniach II wojny światowej, w maju 1945 roku był widziany koło Wrocławia, kursował w okolice Drezna. Pod koniec działań wojennych jechał z Drezna na teren Czechosłowacji, gdzie został zbombardowany lub wysadzony. Czeskie koleje zakwalifikowały go do naprawy, która trwała 6 lat. Został złożony w roku 1951, a Armia Czerwona zabrała go jako egzemplarz zdobywczy. Parowóz pojechał do Kaliningradu, w którego okolicach był magazyn lokomotyw. ZSRR przygotowywał się do wybuchu III wojny światowej i zgromadził tam około 1500 różnego rodzaju lokomotyw parowych.

Lokomotywy parowe na III wojnę światową?

– Proszę się nie dziwić, to było takie działanie obliczone na różne scenariusze. Rosjanie wiedzieli, że do parowozu wystarczy woda, węgiel, nawet jakieś stare opony i on będzie jakoś jechał. W sytuacji kryzysowej, gdy nie będzie ropy, a III wojna światowa miała być wojną nuklearną, która przyniesie wielkie zniszczenia, byłby jak znalazł.

I widniejący teraz na ełckim muralu „Franciszek”, gdyż tak kolejarze i pasjonaci kolejnictwa nazwali parowóz o numerze Ty2-1258 stał sobie spokojnie w Kaliningradzie, gotowy do wkroczenia do akcji …

– Tak. Stał do lat 60. w pogotowiu, wojna nie wybuchała, a lokomotywy pod gołym niebem popadały w ruinę. Polska w tym czasie potrzebowała lokomotyw towarowych i podpisała umowę z ZSRR na zakup 200 sztuk. „Franciszek” to jest niemiecka wersja parowozu BR 52. Po zakończeniu działań wojennych PKP zrobiła inwentaryzację, żeby policzyć, ile ma na stanie tych parowozów. BR 52 przemienił się na Ty2 i otrzymał numery od 1 do 1600, ale w celu odróżnia tej serii, która przyszła ze ZSRR PKP nazwała je Ty2 z numerem 12 z przodu. W taki sposób te parowozy znalazły się na Mazurach, kilka z nich trafiło do kolei piaskowych, służyły w przemyśle.

Jak długo „Franciszek” stacjonował i kursował po Mazurach?

– „Franciszek” jeździł zawodowo do 1991 roku, potem stał na bocznicy w Ełku. Miał epizod w Muzeum Kolejnictwa w Warszawie, gdzie razem z parowozem o numerze Ty2-1285 stał jako kocioł stały, ogrzewając to Muzeum. Wszędzie wchodziły w tym czasie trakcje spalinowe, elektryczne, na Mazurach ostała się kraina parowozów, taki skansen przyciągający turystów. Ciekawostka jest fakt, iż brat „Franciszka”, czyli parowóz o numerze Ty2-1279 oficjalnie i uroczyście zamykał trakcję parową na PKP, a teraz jest, z tego, co udało się nam ustalić, w Gliwicach.

Co dalej będzie się działo z „Franciszkiem” oprócz tego, że został uwieczniony na ełckim muralu przy ulicy Sępa-Świackiego 1?

To jest już kolejny rozdział jego istnienia. Po odrestaurowaniu, złożeniu go w całość i przygotowaniu do jazdy, chcemy przyjechać nim w takiej sentymentalnej podróży do Ełku, czyli miejsca, gdzie był i służył w sile wieku najdłużej.

Czytaj więcej

Rozmowy kontrolowane

Deska, w której można w spokoju podłubać. Najlepsza nagroda?

Adam Sobolewski

Publikacja

/

Ma Pan 67 lat, a czuje się Pan na…?
Stanisław Rudnik: Teraz w nowej pracowni, to jak 16-latek (śmiech). Zresztą nie tylko ja, wystarczy popatrzyć na kolegów — uśmiechnięci od ucha do ucha.

Ruch w pracowni o tej porze roku …
S.R. — Zimą to nie ma gdzie igły wcinać, cały czas coś się dzieje. Trochę inaczej jest latem, gdy każdy z nas ma jakieś dodatkowe hobby – ryby, grzyby, działka.

Pracuje Pan teraz nad czymś większym?
S.R. — Ja już się teraz raczej nie szarpię, bo co tu ukrywać, sił trochę nie ma. Chociaż patrząc od strony technicznej, to dużą rzeźbę łatwiej jest zrobić niż płaskorzeźbę. Jeśli chodzi o płaskorzeźbę, to na małym kawałku trzeba dać trzy wymiary, żeby uchwycić istotę, co jest trudne.

Wykonywał Pan duże rzeźby …
S.R. — Tak. Dwa tygodnie po operacji wraz z Jankiem Kosiorkiem wzięliśmy się za niedźwiedzia, tego, co teraz stoi na „wąskim torze”. On po szpitalu i ja po szpitalu. Najpierw, żeby nie przedobrzyć i nie przemęczać, bo lekarze krzyczą, to pracujemy po godzinie dziennie. Potem stopniowo dłużej – dwie, trzy godziny dziennie i tak poszło z górki i w ciągu dwóch tygodni skończyliśmy pracę. Efekt był taki, że się przemęczyłem i trzeba było wrócić na jakiś czas do szpitala, dlatego teraz to już się nie szarpię. Trochę dużej rzeźby robiłem też z kolegą Jankiem Kosiorkiem dla Starych Juch, tych trzech rycerzy, co stoją przy rondzie w tej miejscowości. Janek w połowie prac się rozchorował, termin gonił, trzeba było skończyć. Skończyliśmy, a tutaj niespodzianka. Miejscowy ksiądz z ambony wypomniał, że zrobiliśmy trzech pijaków. Przyszła do nas Pani wójt i mówi, żeby ratować sytuację, bo nie jest wesoło. Janek zrobił Chrystusa Frasobliwego na cmentarz i księdza uspokoiliśmy.

Rzeźbi Pan, od kiedy?
S.R. — Już przeszło 30 lat, na początku tak jak chyba wszyscy z nas — to w piwnicy, to na strychu.

A z zawodu jest Pan?
S.R. — Tokarz-spawacz. Jeszcze za PRL-u na Gizewiusza prowadziłem z kolegą modelarnię – okręty pływające, robiliśmy wystawy. Lubiłem to. System się zmienił i tam powstał sklep, na modelarstwo nie było pieniędzy, a młodzież zaczęła wystawać po bramach.

Rodowity Ełczanin?
S.R. — Tak, a rodzice to Kurpie. Matka wracała z robót w Niemczech, w domu czekały na nią trzy morgi i sześcioro braci. Osiedliła się tutaj. Urodziłem się w Ełku, wychowałem na rogu Mickiewicza i Orzeszkowej. To była taka szkoła życia.

Prace, o jakiej tematyce Pana najbardziej pochłaniają?
S.R. — Ludowej — trochę „kościołówki”, trochę świątków. Najlepsze pomysły czerpię z głowy. Podpatrzę w internecie czasami, ale trzeba to zawsze przetworzyć w swojej głowie. Robię to, co dla mnie się podoba, jak przyjdzie ktoś i jemu się też spodoba, to jest obopólna satysfakcja.

Nie jest to Pana rzeźbienie przedsięwzięciem komercyjnym …
S.R. — Na „wąskim torze” nam niektórzy ludzie zazdrościli, myśleli, że jakieś biznesy robimy. Wszystko idzie na bieżąco — na materiały, jak przyjdą dzieci, to trzeba im przecież coś zaoferować. Mamy dobre relacje z tartakiem w Siedliskach, czasem im coś wykonamy, a w zamian za to, oni nam drzewo przetrą, przechowają je.

Rozstanie z „wąskim torem”?
S.R. — Trochę dziwne, 13 lat tam byliśmy. Niemiec kupił czasami aniołka za 10 zł, ale musiało to być niemalowane, czyste drzewo, czysta, biała lipka.

Teraz pracownia mieści się w bloku przy ul. Pięknej 18 A …
S.R. — Tak do końca jeszcze tutaj nie czuję się tak, jak tam, ale już powoli wszystko zmierza ku dobremu. Na cały tydzień mam lekcje zaplanowane – jutro dzieci będą rzeźbić w mydełku, 40- dzieci po dwie grupy. Pomalutku rozkręcamy się.

Pracuje Pan zwykle nad jedną pracą czy też nad kilkoma jednocześnie?
S.R. — Zwykle staram się jedną skończyć, w jej trakcie jakieś pomysły przychodzą, co dalej. Kończę pracę, widzę jej efekty, także to, co zrobiłbym inaczej, ale już nie poprawiam, nie wracam do tematu, zaczynam nowy, żeby iść naprzód.

Jest w trakcie Pana pracy taka więź z drewnem?
S.R. — Rzeźbienie trzeba czuć. Można coś zaplanować, ale drzewo szybko to koryguje, często w trakcie pracy wychodzi coś zupełni innego od zamierzonego. My szkół nie kończyliśmy, to nasza pasja i hobby.

To chyba atut?
S.R. — Całe nasze stowarzyszenie opiera się na idei, żeby ludzie starzy, schorowani, przyszli, zrobili coś razem, zapomnieli o swoich chorobach, dializach i bolączkach. Najbardziej cieszy, jak przyjdzie rodzic z dzieckiem, robią coś wspólnie, mają razem wspólny temat, nie siedzą przed telewizorem. Czasami młody człowiek pojawia się i jeszcze się nie wziął za robotę, ale już pyta, ile on na tym „przytnie”, czyli zarobi. Odpowiadam wtedy żartobliwie, że, jak źle usiądziesz, to nie tylko paluchy przytniesz.

Przydałoby się młodej krwi w pracowni i stowarzyszeniu?
S.R. — Tak, ale oni zwykle nie mają czasu. Szkoda.

Gdyby miał Pan wybrać jedną swoją pracę, z której najbardziej jest Pan dumny, najbardziej ją ceni, najwięcej serca w nią włożył to byłoby …
S.R. — Po operacji na serce był taki czas na przemyślenia pewne nad życiem. Postanowiłem w podzięce, w ofierze za to, że dostałem jeszcze szansę, żeby być na tym świecie, zrobić taką kapliczkę. Umieściłem ją w lesie, przybiłem na najwyższym drzewie – postać Chrystusa Frasobliwego na rozstajach dróg. Każda praca cieszy, dopóki ją tworzysz.

Ja, prace swoje i swoich uczniów poznam z daleka, gdyż popełniamy ten sam błąd – u mnie nie ma chudych postaci, zawsze pucułowate, przy sobie. Taka maniera. Malarze, rzeźbiarze, wyszywacze – jest nas tutaj sporo. Zaczęło się od projektu „Ełczanie i ich pasje” w Parku Solidarności, podchodziliśmy do tych ludzi i zaczynaliśmy współpracę, tak też powstało stowarzyszenie.

Okres świąteczny to pewnie tematyka świąteczna teraz w pracy …
S.R. — Tak, królują aniołki, jest na to zapotrzebowanie. Jednak stoi tu obok duża deska (60 cm na 1,5 metra), a po głowie chodzi mi duży plan, nie wiem, czy wypali. Sam muszę się najpierw swoimi pracami nacieszyć, wyciszyć, jak wyjdzie coś dobrego, to dobrze, jak nie, to ściany są do zapełnienia.

Żona podziela Pana hobby?
S.R. — Z początku trzymałem w domu swoje wytwory. Szybko znikały. Rodzina jak szła na imprezy okolicznościowe, to brała je na prezenty. Spakowałem je wszystkie i wyniosłem z domu. Staram się nie narzucać ze swoim hobby rodzinie, nic nie można robić na siłę.

Jak przyjdzie Pan z pracowni do domu to …
S.R. — Nie przynoszę pracy do domu. Obiad, kolacja, trochę na internecie i spać. Rzeźbienie to właściwie taki sens życia. Czasami jest dzień, że nie ma natchnienia, nic się właściwie konkretnego nie robi, naostrzy się dłuta, poprzekłada narzędzia. Jednak teraz przed nami nowe projekty. Jesteśmy otwarci na młodych. Przyjmiemy, pokażemy, nie trzeba żadnych wkładów finansowych. Dzieci trzeba zainteresować, przyciągnąć je czymś.

Nagrody i wyróżnienia cieszą?
S.R. — Są bardzo miłe, chociaż nie robimy tego wszystkiego dla nagród. Najlepsza z nich to deska i móc w niej w spokoju podłubać.

Rozmawiał: Adam Sobolewski

 

 

Czytaj więcej

komentowane

Piszą dla Was

Adam Sobolewski

Adam Sobolewski

Renata Szymaszko

Renata Szymaszko

Agnieszka Czarnecka

Agnieszka Czarnecka

Poza prawem

czytane