Copyright MIASTO-GAZETA.PL 2016

Dominik Golak „Rozłożyłem fotel ojca, (…).Okleiłem go folią.”

„Jeśli człowiek nie ma w życiu żadnych celów, do których zmierza, to jego egzystencja nie ma sensu” – uważa kolejny bohater naszych „Rozmów Kontrolowanych”. Dominik Golak znany jest nie tylko ze swoich sportowych sukcesów (m.in. z tego, że w 2004 r. zdobył mistrzostwo świata w trójboju siłowym i ostatnio, po 3 latach przerwy m.in. II miejsce na Otwartych Mistrzostwach Polski Kettlebell w systemie BOLT STANDARD w rwaniu jednorącz — kat. 75 kg; 185 rwań odważnikiem o wadze 20 kg), ale też z występów na scenie. Przez wiele lat tańczył w zespole Maxel, by następnie założyć swój własny zespół Drift. Dziś prowadzi siłownię, trenuje CrossFit i doradza, jak właściwie się odżywiać.

Jak wyglądały początki Twojej przygody ze sportem?
Dominik Golak: Był chyba rok 1998. Mój starszy brat Kuba trenował na siłowni razem z kolegami i nie chciał mnie tam zabrać. Przekonał go dopiero mój ojciec, który pewnego razu powiedział „Weź go, ja zapłacę za karnet, i niech on sam sobie chodzi”. Brat po 3 miesiącach zaprzestał ćwiczeń, a ja trenuję do dziś.
Jestem takim typowym Polakiem. Jeżeli ktoś mi powie, że nie dam rady, to ja radę dam, na pewno. Podobnie było z moją własną siłownią. Marzyłem o niej od dawna i kiedy w końcu mi się udało, to wszyscy wokół zaczęli mówić: „Po co ten Golak się pcha z siłownią do Ełku? Pół roku mu daję i padnie”. Minęły 3 lata i jest coraz lepiej: -).
Czyli można powiedzieć, że brak wiary po prostu Cię motywuje?
D.G.: Tak. Do pierwszych zawodów w trójboju siłowym przygotowywałem się trzy miesiące, do drugich — sześć miesięcy, a do kolejnych — całe dwanaście miesięcy. Dlaczego? Otóż był taki chłopak, który zawsze ze mną wygrywał. Przez 3, czy 4 lata. Śmiał się ze mnie, po każdej mojej porażce. Pomyślałem, czekaj, ja ci jeszcze pokażę. Zacząłem międzyczasie studia wychowania fizycznego w Bydgoszczy (kończyłem je później w Białymstoku). Dopiero tam, tak naprawdę, dowiedziałem się, jak powinienem trenować, żeby osiągnąć efekt. Mój progres to było 100 kg w rok. W 2004 r. zdobyłem Mistrzostwo Świata Juniorów w Trójboju Siłowym w Pretorii/ RPA i wygrałem w końcu z tym chłopakiem w formule Wilks’a.
foto-nadeslane-5
To był Twój pierwszy sportowy sukces?
D.G.: Kilka miesięcy wcześniej na Mistrzostwa Europy Juniorów w Trójboju Siłowym w Sofii/ Bułgaria zdobyłem srebro i to był mój pierwszy sukces. Przez te wszystkie lata mojej przygody ze sportem, przywiozłem niemało medali. Trochę się tym chyba przejadłem. W 2013 roku postanowiłem zrobić sobie przerwę. Otworzyłem własną siłownię i zmieniłem priorytety. Zacząłem trenować CrossFit i fajnie się rozkręciłem, tylko brakuje mi czasu. Wiadomo, że jak się prowadzi swój biznes, to trzeba pilnować przede wszystkim klienta, a nie siebie.

Siłownia funkcjonuje 3 lata. To jest taki Twój pomysł na życie, czy masz w zanadrzu inne plany?
D. G.: Całe życie robiłem to, co lubię. Zarabiałem sam na siebie od 18 roku życia. Tańczyłem w zespołach disco-polo przez 9 lat i miałem naprawdę dobre pieniądze z tego. Później założyłem swój własny zespół muzyczny Drift. Byłem pierwszym b-boy’em — chłopakiem, który trenuje break dance — w Ełku. Pamiętam, że zaczynałem już kręcić się na głowie, kiedy usłyszałem, że ktoś z Grajewa dopiero dostał kasetę VHS z nagraniem rejestrującym, jak jakiś mężczyzna to robi, tzn. kręci się na głowie. Nie miałem pojęcia, jak to się w ogóle robi. Rozłożyłem fotel ojca, na którym siadywał przed telewizorem. Wiedziałem, że jak to zobaczy, to mnie zabije, ale w tamtym momencie nie miało to dla mnie znaczenia. Okleiłem go folią, żeby nie powyrywać sobie włosów, i zacząłem kombinować. Udało się! Później, jak już w TV były emitowane teledyski, to mogłem zobaczyć, jak to mniej więcej wygląda. Podobnie było z tańcem. Wszystkiego uczyłem się sam, bo przecież w Ełku nie było wtedy żadnych instruktorów tańca. Efekt? W 1999 r. zająłem 7. miejsce na Mistrzostwach Polski w break dance, w Wasilkowie. Można? Można!

Trzeba mi tylko powiedzieć, że nie dam rady…

Sport i taniec — to dwie bajki?
D.G.: Interesował mnie przede wszystkim samorozwój. Poza tym jestem takim trochę celebrytą, lubię się chwalić. Może to wada, może zaleta, ale staram się to robić w konkretny sposób. Jak już się czegoś podejmę, to z „grubej rury”. Startowałem w II edycji programu You Can Dance. Dostałem się do pierwszej pięćdziesiątki najlepszych tancerzy. Niestety, moja technika nie była na tyle dobra, żeby poradzić sobie na tych końcowych etapach — telewizyjnych. Ale spróbowałem, zobaczyłem, jak to jest, sprawdziłem swoje możliwości. Było warto.

A własny zespół?
D.G.: Zawsze chciałem mieć własny zespół. W końcu go założyłem. Istniał 3 lata. Nagrywałem piosenki m.in. z Marcinem Millerem, są puszczane do tej pory na Polo TV. Zamierzam wrócić do śpiewania.

Czy to były dobre 3 lata?
D.G.: Jednak fajniej było, jak się tylko tańczyło na scenie. Na luzie, bez stresu i odpowiedzialności. Wokalista, czy założyciel, musi wszystkiego pilnować. A co jest najgorsze w tym wszystkim? Że trzeba dzwonić po klubach i nakręcać występy. Powiem tak: ja nie lubię wchodzić nikomu w d… Chyba nie nadaję się na telemarketera: -)

Tańczyłeś i trenowałeś jednocześnie?
D.G.: Tak, jedno drugie świetnie się uzupełniało.

Można powiedzieć, że spełniasz się, czy nie do końca?
D.G.: Zawsze stawiam sobie jakieś cele. Mam w portfelu karteczkę z punktami, które muszę zrealizować w danym roku. Czasami do niej wracam i patrzę, co mi jeszcze pozostało do zrobienia.foto-nadeslane-7

Co Ci to daje?
D.G.: Człowiek musi mieć w życiu jakieś cele, bo jeśli człowiek nie ma w życiu żadnych celów, do których zmierza, to jego egzystencja nie ma sensu. Nauczyłem się tego na licznych szkoleniach, w których miałem okazję uczestniczyć. Kiedyś myślałem sobie, że chciałbym otworzyć siłownię, ale nie byłem do tego przekonany. Co przeważyło? Po pierwsze: mama moja powiedziała, że nie spocznie, dopóki nie otworze własnej siłowni. Było mi wstyd, że ona chce bardziej, niż ja. Po drugie: byłem instruktorem na jednej siłowni, ale właściciel nie wypłacał mi pieniędzy. Powiedziałem „dość” i odszedłem. Po trzecie: na jednym ze szkoleń dowiedziałem się, że w wieku 50 lat muszę być milionerem, bo jeżeli nie, to już później nie będzie mi się chciało zarabiać: -) I po czwarte: dostałem dotację na otwarcie swojego biznesu.

Trenujesz też zawodników?
D.G.: Tak, trenujemy chłopaków do startów w trójboju siłowym i Cross Fit. Wyszkoliłem już mistrza Europy i kilku mistrzów Polski. Mamy kilkanaście medali: brązowych, srebrnych i złotych.

Jest coś, czego nie udało Ci się osiągnąć?
D.G.: Rekordu Polski w trójboju siłowym… ale już się do niego zbliżam: -) Przynajmniej zawsze chciałem zrobić rekord Polski w trójboju siłowym i nie udało mi się to za juniora. Teraz przynajmniej w seniorach mam szansę ten rekord zrobić. Mam nadzieje, że się uda. Ale jest też wiele rzeczy, których nawet nie wiedziałem, że zrobiłem. Na przykład zdobyłem 1000-ny medal dla Polskiego Związku Kulturystyki, Fitness i Trójboju Siłowego, co było zupełnym przypadkiem.

Prowadzisz bardzo aktywny tryb życia. Czy nie „kuleje” przez to Twoje życie osobiste?
D.G.: Narzeczona pracuje na górze: -). Wszystko da się pogodzić. Przychodziła na moje treningi do siłowni, spróbowała i załapała bakcyla. Przyznam, że dążyłem do tego, aby tak się stało. Taki miałem plan. Wychodzę z założenia, że jak coś już robić, to wspólnie.

foto-nadeslane-8

Plany na przyszłość?
D.G.: Zająłem się w tym roku dietetyką sportową i chcę się rozwijać w tym kierunku. Zawsze powtarzam, „strzelając sobie tym samym troszeczkę w kolano”, że dieta to 70% sukcesu, a sam trening tylko 30%. -Przychodzą do mnie ludzie, rozpisujemy dietę i zaczynamy tym żyć. Są już efekty. Jedna z pań była u bardzo dobrego dietetyka i się zraziła, bo waga stała w miejscu przez 1,5 roku. Po mojej diecie w pierwszym tygodniu waga spadła 1,5 kg, w następnym 2,5 kg. Pani jest bardzo zadowolona. Doradzam, jak się odżywiać na podstawie własnych doświadczeń i obserwacji, jak również korzystam z cennych wskazówek jednego z najlepszych polskich dietetyków — Tadeusza Sowińskiego.

Mówiłeś, że masz „fuksa’?
D.G.: Odkąd pamiętam, zawsze pomagałam innym, nawet kosztem siebie samego. I wydaje mi się, że to do mnie wraca. Otwierając siłownię miałem strasznie dużo przypadków. W Urzędzie Pracy w Ełku (a dodam, że byłem osobą długotrwale bezrobotną) pewna pani podpowiedziała mi, żebym napisał projekt na otworzenie własnego biznesu. Dostałem 36 170 zł dofinansowania. Ludzie mówili: „Co on kupi za te pieniądze, przecież to kropla w morzu”. Oczywiście, ale miałem jeszcze swoje pieniądze — nie za dużo — ale jednak, poza tym pomógł mi Marcin Miller — zupełnie bezinteresownie, za co jestem mu niezmiernie wdzięczny. Część sprzętu dostałem w leasing za 0% od faceta, który tak naprawdę mnie nie znał. A to dlatego, że polecił mi go trener kadry, który mnie bardzo lubił i któremu parę fajnych rzeczy załatwiałem. Po prostu wierzę w karmę.
Dziękuję za rozmowę. Agnieszka Czarnecka

Podziel się
Napisz, co o tym myślisz ;-)

Komentarze