O dwa ary zmniejszyła się nieruchomość Janusza Toczyńskiego w Dułach pod Oleckiem po tym, jak sąsiad postanowił bez pomiarów geodezyjnych zbudować na jego ziemi płot. Po latach sąd stwierdził, że kawałek ojcowizny Toczyńskiego należy się jego sąsiadowi przez … zasiedzenie.

Sąsiedzi Janusza Toczyńskiego w 1994 roku chcieli przepisać część gospodarstwa na córkę i w związku z tym trzeba było zrobić rozgraniczenie obu posesji. Zainteresowani wzięli geodetę, który poszedł po najmniejszej linii oporu i wytyczył granicę pomiędzy nieruchomościami po linii wyznaczonej przez postawiony bezprawnie płot.
– Geodeta tak zrobił pomiar, że z naszej działki uciął pas na szerokość 4,10 m, co dało w sumie ok. 200 m2 – mówi Janusz Toczyński. – Jeszcze przed tym podziałem sąsiad stawiał płot, więc mówię do niego: Sąsiad, Ty za daleko grodzisz. A on na to, żebym się nie martwił, że jeśli tak jest, to weźmiemy geodetę, zrobimy pomiar i on mi odda to, co moje. A potem ten geodeta zrobił, jak zrobił, ale ja się na to nie zgodziłem. To przecież moja ojcowizna.

Rzeczywiście pod protokołem okazania podziału sporządzonym przez geodetę podpisała się tylko jedna strona i sam geodeta.
– W 2002 roku dostaliśmy papiery z Urzędu Miejskiego, że wszczęto postępowanie rozgraniczeniowe. Ja się ucieszyłem, bo liczyłem na to, że w końcu zrobi się z tym porządek i odzyskam ten zabrany przez sąsiada kawałek – opowiada Toczyński.
– Przyszedł geodeta na wiosnę 2003 roku i po pomiarach stwierdził, że sąsiedzi ponad 4 metry weszli na moją ziemię. Pytał sąsiada, czy godzą się na ten pomiar, a sąsiad się upierał, że trzeba granicę prowadzić po płocie, więc geodeta oddał sprawę do sądu.

Sąd Rejonowy w Ełku w 2004 roku potwierdził, że pomiary są zrobione dobrze i dokonał rozgraniczenia nieruchomości zgodnie z opinią biegłej sądowej. Jednak sąsiedzi nie dali za wygraną i wystąpili do sądu w Olsztynie o uchylenie postanowienia i przekazanie sprawy do ponownego rozpoznania pod kątem uznania zasiedzenia na spornym kawałku gruntu. Sąd ełcki przesłuchał świadków i powołał biegłego. Orzeczenie wydał w 2006 roku, ale w uzasadnieniu przyznał, że opinie świadków dotyczące czasu użytkowania spornego gruntu są sprzeczne. Nie udało się zatem ustalić faktycznej daty postawienia płotu, a tym samym początku zasiedzenia. Sąd zapoznał się też z opinią biegłego, który przygotował dwa projekty rozgraniczenia posesji – jeden zgodny z granicami prawnymi, drugi uwzględniający zasiedzenie. Sąd wybrał jednak drugi wariant.
– Tak naprawdę to nie wiadomo, dlaczego sąd uznał to zasiedzenie. Odwołaliśmy się do sądu w Olsztynie, ale ten w 2007 roku potwierdził wyrok, który zapadł w Ełku – dodaje Toczyłowski. – Wychodzi na to, że wystarczy postawić płot na ziemi sąsiada, żeby kury miały gdzie chodzić, a potem wystąpić o zasiedzenie i sprawa załatwiona. A czy są dowody na zasiedzenie, czy nie ma, to dla naszych sądów nie jest ważne.
Sąsiedzi Toczyłowskich twierdzą, że sporny kawałek ziemi im się należy, a płot postawiony był na prawnej granicy i powołują się na wyrok sądu z 2007 roku. Kiedy zwróciliśmy im uwagę, że postanowienie dotyczy zasiedzenia, a nie przywrócenia stanu prawnego granic, zrzucili całą winę na geodetów, których pomiary w poszczególnych latach znacznie się różniły. Nie tak dawno, bo 18 maja, geodeta wezwany przez sąsiadów do odnowienia znaków granicznych wymierzył linię jeszcze inaczej.
– Stwierdził, że granica przebiega 30 cm od płotu na naszą korzyść – mówi Janusz Toczyłowski. – Oczywiście też była walka, bo te pomiary sąsiadom się nie spodobały. Nawet policję musieliśmy wzywać, żeby wejść i postawić tam słupki. Mam nadzieję, że te pomiary są już ostateczne. Postawię w końcu solidny płot, żeby za kilka lat sąsiedzi znów nie weszli na moją ziemię i nie zażądali uznania zasiedzenia.

Dodaj komentarz

avatar

Ta strona ogranicza spam. Komentarze, które zawierają nazwiska osób prywatnych (RODO), czy też odwołujące się do życia prywatnego (i obraźliwe) jakichkolwiek osób, będą usuwane.