Obserwujemy dziś w samorządach fascynujące, choć niezwykle groźne zjawisko. Włodarze miast, gmin i powiatów odkryli słowo-wytrych, które pozwala im uciec przed każdym niewygodnym pytaniem. Po publikacji często krytycznych artykułów czy wypowiedzi otrzymujemy spektakl użalania się nad sobą. W tej nowej, zniekształconej rzeczywistości politycznej, dziennikarz ujawniający patologie przestaje być reprezentantem obywateli, a staje się agresorem.
Granica między konstruktywną krytyką a mową nienawiści jest w rzeczywistości bardzo wyraźna. Hejt to bezpodstawny, często wulgarny atak na osobę. Krytyka to punktowanie błędów w zarządzaniu publicznymi pieniędzmi. Jednak dla wielu lokalnych włodarzy ta granica przestała istnieć.
Pytasz o rosnące zadłużenie miasta? Jesteś hejterem, który nie docenia rozwoju.
Wskazujesz na zatrudnianie znajomych w miejskich spółkach? Uprawiasz nagonkę i niszczysz ludzkie życia.
Punktujesz opóźnienia w budowie? Atakujesz i siejesz defetyzm.
Piszesz, że wójt wypłacił sobie nieuzasadnioną „premię”. Nakręcasz spiralę nienawiści wobec człowieka, który dniami i nocami pracuje dla dobra mieszkańców.
Publikujesz raporty. Nienawidzisz, kłamiesz i zmyślasz.
To psychologiczny mechanizm obronny o potężnej sile rażenia. Władza, która nie potrafi poradzić sobie z merytoryczną oceną swoich działań, przyjmuje pozę ofiary. A ofiary, jak wiadomo, nie można atakować. Ofierze należy współczuć. W ten sposób uwaga opinii publicznej zostaje mistrzowsko odwrócona od dziury w budżecie w stronę rzekomo skrzywdzonego wójta czy prezydenta.
Ten mechanizm obronny idzie w parze z przemyślaną strategią pacyfikacji lokalnych mediów. Wygodni są dziś tylko ci dziennikarze, którzy potrafią z wdziękiem spijać z samorządowego dzióbka w zamian za strumień pieniędzy z budżetu promocyjnego urzędu na publikację lukrowanych „artykułów sponsorowanych”. Tacy pracownicy mediów nie zadają pytań, oni pełnią rolę mikrofonu dla władzy.
Dziennikarz, który traktuje swoją pracę poważnie, staje się wrogiem publicznym numer jeden. Ponieważ nie można kupić jego milczenia, trzeba zniszczyć jego wiarygodność. Rusza machina dyskredytacji. Niezależny reporter jest oskarżany o polityczne zaangażowanie, o działanie na zlecenie opozycji, a wreszcie o wspomniany „hejt”. Władza samorządowa odcina go od informacji, nie zaprasza na konferencje i blokuje w mediach społecznościowych, tworząc wokół niego kordon sanitarny. To celowe działanie, które ma wywołać efekt mrożący: patrzcie, co robimy z nim. Jeśli zaczniecie zadawać pytania, z wami zrobimy to samo.
Na szczęście, w tym ponurym krajobrazie wciąż można dostrzec szlachetne wyjątki. Są samorządowcy, choć niestety nieliczni, którzy rozumieją fundamentalną zasadę służby publicznej: kto wchodzi do szklanego domu, nie może rzucać kamieniami i narzekać, że przez szyby zaglądają ludzie.
Ci nieliczni włodarze potrafią stanąć w obliczu ostrej krytyki z otwartą przyłbicą. Nie obrażają się na rzeczywistość, nie blokują niewygodnych dyskutantów, nie nazywają trudnych pytań atakiem. Traktują media nie jak zło konieczne, ale jak darmowy audyt swoich działań. Rozumieją, że dziennikarz patrzący im na ręce pomaga im być lepszymi gospodarzami.
Służba publiczna nie jest terapią, na której włodarze mają się czuć komfortowo. To twarda, nieustannie weryfikowana praca za pieniądze podatników. Dopóki większość lokalnych polityków nie zrozumie, że próba uciszenia prasy pod pretekstem walki z „hejtem” jest nie tylko tchórzostwem, ale i zamachem na demokratyczne standardy, dopóty w naszych małych ojczyznach zamiast dialogu będziemy mieli tani, samorządowy teatrzyk. Z władzą w roli wiecznie pokrzywdzonej primadonny.







