Gdyby polski system samorządowy miał swoje własne przysłowia, jedno z nich brzmiałoby zapewne: gdzie radni się biją, tam wyborca zostaje w domu. Niedzielne fiasko referendum w Starych Juchach nie jest bowiem żadnym ewenementem. To raczej klasyczny przykład zjawiska, które od lat toczy lokalną demokrację w Polsce. Obywatele odrzucają referenda odwoławcze, nie tyle głosując przeciwko nim, co po prostu ignorując drogę do lokalu wyborczego. Dlaczego tak się dzieje?
Głównym winowajcą jest sam mechanizm prawny. Ustawa o referendum lokalnym wymaga, by do urn poszło co najmniej 3/5 liczby osób biorących udział w wyborach, w których wybrano danego wójta czy burmistrza. Intencja ustawodawcy była słuszna – chodziło o to, by garstka krzykaczy nie mogła bez przerwy odwoływać legalnie wybranej władzy. W praktyce jednak stworzono system, w którym najskuteczniejszą formą obrony włodarza jest bojkot. Zwolennicy wójta nie idą do urn, by zagłosować na „nie”. Zostają w domach, grając na obniżenie frekwencji. W ten sposób demokratyczne święto debaty zmienia się w matematyczną grę w chowanego.
Drugi powód to brutalne zderzenie politycznej bańki z rzeczywistością mieszkańców. Inicjatorami referendów odwoławczych są skonfliktowane z wójtem rady gmin. Powody są zwykle formalne – brak wotum zaufania czy nieudzielenie absolutorium. Problem w tym, że to, co dla radnego jest fundamentalnym sporem o wizję gminy, dla przeciętnego mieszkańca bywa niezrozumiałą, pałacową wojną na górze. Obywatel interesuje się dziurawą drogą, harmonogramem wywozu śmieci czy miejscem w przedszkolu. Jeśli wójt, nawet ten nielubiany przez radę, w miarę sprawnie zarządza tymi codziennymi sprawami, mieszkaniec nie widzi sensu, by iść i go odwoływać.
Dlatego frekwencyjna przepaść, z jaką mieliśmy do czynienia w Starych Juchach, gdzie zamiast wymaganych prawie tysiąca osób, zagłosowało nieco ponad dwieście, to jasny sygnał. To czerwona kartka pokazana nie wójtowi, lecz samej idei rozwiązywania konfliktów w radzie rękami mieszkańców. Inicjatorzy referendów często zapominają, że do wywołania pospolitego ruszenia potrzeba realnego, społecznego gniewu, a nie tylko politycznej kalkulacji kilkorga radnych.
Dopóki politycy nie nauczą się, że referendum to narzędzie ostateczne, a nie przedłużenie sesyjnych pyskówek, polskie urny referendalne będą świecić pustkami. A obywatele nadal będą udowadniać, że ich najpotężniejszym głosem w politycznych sporach bywa święty spokój niedzielnego popołudnia.







