Dlaczego przewodniczący rady powiatu pozostaje nietykalny?

Skandal na sesji ełckiej rady powiatu obnażył nie tylko to, jak łatwo w polskim samorządzie odczłowieczyć najsłabszych. Odpowiedź wojewody na oficjalną skargę ukazuje znacznie mroczniejszą prawdę: system państwowy jest instytucjonalnie ślepy na kwestie etyki, pozostawiając rozliczenie polityków w rękach tych samych ludzi, którzy na ich skandaliczne słowa reagowali milczeniem.

To miało być kolejne, rutynowe posiedzenie Rady Powiatu Ełckiego. Urzędnicza codzienność. Nikt nie przypuszczał, że to właśnie z tej sali popłyną w Polskę słowa, które w XXI wieku po prostu nie mają prawa paść.

Sformułowania o „warzywkach” i „ułomnych”, wymierzone prosto w osoby z niepełnosprawnościami, nie tylko brutalnie rozdarły zasłonę samorządowej przyzwoitości. Ujawniły one przerażającą znieczulicę dwojga radnych, ale przede wszystkim obnażyły to, co wydarzyło się ułamek sekundy później. A właściwie to, co się nie wydarzyło.

Przypomnijmy fakty: Radna Ewelina Truszkowska użyła w stosunku do osób niepełnosprawnych określenia „warzywka”. Z kolei Przewodniczący rady, Andrzej Wiszowaty – człowiek, który z urzędu powinien stać na straży standardów debaty – ułomnymi. 

Gdy te słowa odbijają się echem od ścian sali obrad, nie wybucha żaden skandal. Nie ma oburzenia. Na sali  jest cisza. Ta obojętność i moralny paraliż pozostałych samorządowców były równie wstrząsające, co same inwektywy.

W Ełku zawrzało dopiero wtedy, gdy sprawa nabrała wymiaru medialnego. W obliczu skandalu autorzy tych słów nie posypali głów popiołem. Wybrali cyniczną ścieżkę politycznej defensywy – zasłaniali się rzekomą „troską o grupę społeczeństwa” i robili z siebie ofiary politycznej nagonki. Radna Truszkowska po kilku dniach zdecydowała się na oficjalne przeprosiny, choć wyszło nie do końca tak, jakby chciała społeczność. 

Zbulwersowana opinia publiczna zażądała interwencji z zewnątrz. Wysłano oficjalną skargę do Wojewody Warmińsko-Mazurskiego, licząc na twarde wyciągnięcie konsekwencji wobec Przewodniczącego Rady.

„Państwo, reprezentowane przez Wojewodę, nie unika odpowiedzialności. Ono z mocy prawa po prostu jej w tej materii nie posiada”.

Odpowiedź, która nadeszła z urzędu wojewódzkiego, była dla wielu jak uderzenie w twarz. Stała się bezlitosnym studium granic polskiego systemu prawnego. W świetle twardych przepisów, potężny aparat państwowy jest całkowicie bezsilny wobec moralnego bankructwa lokalnych decydentów.

Wojewoda, opierając się na literze prawa, zderzył się z murem tzw. właściwości rzeczowej. Zgodnie z bezdusznym kodeksem, organ nadzoru państwowego nie ma absolutnie żadnych kompetencji do rozpatrywania skarg na przewodniczącego w sprawach dotyczących jego moralności czy etyki.

Jak to możliwe w państwie prawa?

  • Przewodniczący to nie organ: W myśl polskiego prawa samorządowego, przewodniczący rady nie jest organem jednostki terytorialnej.
  • Tylko funkcja techniczna: Jego rola ustrojowa sprowadza się do technicznej organizacji pracy. Jest jedynie primus inter pares (pierwszym wśród równych).
  • Granice nadzoru: Wojewoda ma prawo badać wyłącznie legalność uchwał i działań rady jako całości. Kodeks postepowania administracyjnego milczy na temat karania radnych za to, co wygadują na sesjach.

W swoim piśmie Wojewoda musiał ograniczyć się do dyplomatycznego minimum – jednoznacznie podkreślił, że nie akceptuje żadnych negatywnych postaw wobec osób z niepełnosprawnościami. Zaraz potem musiał jednak przyznać rację paragrafom: nadzór odbywa się w ścisłych granicach prawa, a to prawo nie pozwala mu być sędzią cudzych sumień.

To prowadzi do najbardziej druzgocącego wniosku z całej ełckiej afery. Zgodnie z polskim porządkiem ustrojowym, istnieje tylko jedno gremium, które ma pełne prawo, mandat i kompetencje, by ukarać Przewodniczącego i zrzucić go ze stanowiska.

Tym gremium jest… sama Rada Powiatu Ełckiego.

Tak, ta sama rada, która w chwili wypowiadania skandalicznych i krzywdzących słów siedziała w komfortowej głuszy i milczała.

Skandal w Ełku przestał być już tylko incydentem dwojga polityków, którym zabrakło podstawowej empatii. To potężny akt oskarżenia pod adresem całego lokalnego ekosystemu politycznego. To oni sami są wyłącznymi dysponentami etycznego „być albo nie być” we własnych szeregach. Gdy system państwowy musi skapitulować przed barierą urzędniczych paragrafów, ostatecznymi sędziami w tej sprawie pozostają sami samorządowcy.

A jeśli i oni zawiodą? Wtedy pozostaje już tylko jedna, najwyższa instancja – mieszkańcy Ełku i ich długopisy przy urnach wyborczych. Pytanie tylko, czy do tego czasu pamięć o „warzywkach” nie wyblaknie pod natłokiem kolejnych kampanijnych obietnic.