Dlaczego Starostwo w Ełku chowa majątki radnych, podczas gdy miasto i gmina dawno odrobiły lekcje?

Żyjemy w jednym mieście, oddychamy tym samym powietrzem, ba – spacerujemy tymi samymi ulicami. A jednak okazuje się, że granice administracyjne w Ełku to równocześnie granice czasoprzestrzeni. Wystarczy spojrzeć na Biuletyny Informacji Publicznej. Urząd Miasta Ełku? Oświadczenia majątkowe za 2025 rok opublikowane. Gmina Ełk? Oświadczenia opublikowane. Starostwo Powiatowe w Ełku? Cyfrowa czarna dziura, głucha cisza i wiatr hulający po pustych serwerach.

Mamy początek czerwca. Minął grubo ponad miesiąc od ustawowego terminu złożenia dokumentów. Sytuacja staje się tym bardziej absurdalna, gdy przypomnimy sobie, że w ubiegłym roku to samo starostwo potrafiło opublikować oświadczenia już tuż po 20 maja. Co takiego zmieniło się w tym roku? Trudno nie zadać ironicznego pytania: czy w budynku ełckiego starostwa wysiadł internet, czy może urzędnikom skończyły się czarne flamastry do anonimizacji danych? Bo jeśli sąsiednie samorządy, obciążone dokładnie takimi samymi obowiązkami, potrafiły udostępnić obywatelom informacje o majątkach swoich radnych, to opieszałość powiatu przestaje być zwykłym poślizgiem. Staje się jawną demonstracją lekceważenia standardów transparentności.

Kiedy przyciśnie się urzędników do muru, natychmiast wyciągają swój ulubiony, zdarty do granic możliwości argument: „bo oświadczenia musi skontrolować skarbówka”.

Czas uciąć tę biurokratyczną bajkę raz na zawsze.

Powiedzmy to głośno, wyraźnie i drukowanymi literami, by dotarło do każdego gabinetu w starostwie: żaden, absolutnie żaden przepis prawa nie mówi o tym, że publikacji w internecie podlegają wyłącznie oświadczenia już skontrolowane i zweryfikowane.

To urzędniczy mit, powtarzany tak długo, aż niektórzy w powiecie sami w niego uwierzyli. Proces weryfikacji dokumentów przez urząd skarbowy to jedno, a prawo obywatela do wglądu w deklaracje radnego to drugie. Te dwa tory biegną równolegle i są od siebie całkowicie niezależne. Oświadczenie staje się jawną informacją publiczną w ułamku sekundy, w którym radny kładzie na nim swój podpis i oddaje do biura rady. Obywatel ma prawo zobaczyć ten dokument w jego pierwotnej formie, z ewentualnymi błędami, skreśleniami i pomyłkami. Czekanie na to, aż urzędy skarbowe przefiltrują każdy przecinek, jest nie tylko bezpodstawne, jest bezprawne.

Sąsiedzi obnażają wymówki powiatu

Sytuacja jest tym bardziej kuriozalna, że władze powiatu zostały właśnie brutalnie zweryfikowane przez swoich własnych sąsiadów zza miedzy. Skoro Gmina Ełk i Miasto Ełk potrafiły zanonimizować i wrzucić pliki PDF na swoje strony, to znaczy, że nie wymaga to ani technologii rodem z NASA, ani naginania czasoprzestrzeni. Wymaga jedynie szacunku do mieszkańców i zrozumienia, że bycie osobą publiczną wiąże się z publiczną kontrolą.

Urzędnicy starostwa zdają się traktować jawność jak uciążliwą muchę, którą można odgonić machnięciem ręki i zasłonięciem się absurdalną interpretacją przepisów. Problem w tym, że transparentność władzy nie jest opcją w menu, z którego można zrezygnować, gdy nie ma się na nią apetytu. To bezwzględny obowiązek.

Gdy cyfrowe archiwa świecą pustkami, a proste, techniczne procedury urastają w powiecie do rangi skomplikowanych operacji logistycznych, wyborcy mają prawo zapytać: na co my właściwie czekamy? I dlaczego to, co w mieście i w gminie jest urzędniczym standardem, w ełckim starostwie wciąż uchodzi za wiedzę tajemną?