Dwóch Tomaszów. Pijarowy cyborg i samorządowy rębajło

Jeśli komuś wydaje się, że wielkie polityczne emocje, manipulacje i brutalne starcia to domena wyłącznie warszawskiej Wiejskiej, to znaczy, że nigdy nie przyjrzał się z bliska lokalnym samorządom. W Ełku, mieście i otaczającej go gminie rządzą dwaj panowie o tym samym imieniu. Prezydent Tomasz Andrukiewicz i wójt Tomasz Osewski. Obaj zarządzają publicznym groszem, obaj uwielbiają brylować w mediach, ale ich definicje „politycznej klasy” leżą na dwóch przeciwległych biegunach galaktyki. Jeden pudruje rzeczywistość, drugi z upodobaniem tarza się w błocie.

Płatny eter, czyli za co płacimy i czego słuchamy

Zacznijmy od teatru iluzji, jakim są audycje radiowe, za które samorządowcy płacą grubą gotówką. To tam najdobitniej widać przepaść między oboma włodarzami.

Gdy do mikrofonu zasiada prezydent Andrukiewicz, z głośników wylewa się samo dobro. To klasyczny, wygładzony, teflonowy PR. Andrukiewicz opowiada o miejskich inwestycjach z uśmiechem, który słychać w głosie, starannie omijając jakiekolwiek polityczne wycieczki. Słuchając go, można odnieść wrażenie, że Ełk to kraina mlekiem i miodem płynąca, zarządzana przez męża stanu, który unosi się daleko ponad prozą życia. Zero brudu, zero ataków, tylko polityczna wata cukrowa.

I wtedy do tego samego eteru wkracza wójt Osewski, a wata cukrowa zamienia się w drut kolczasty. Choć wójt również przychodzi mówić o inwestycjach, te są często tylko nędznym pretekstem, by wyprowadzić cios. Osewski nie bierze jeńców. Wykorzystuje radiowy czas antenowy do otwartej wojny, wylewania frustracji i atakowania adwersarzy. Robi to językiem tak pełnym buty, jadu i zwykłego hejtu, że aż trudno uwierzyć, iż przemawia urzędnik państwowy. Zresztą, ta werbalna rzeźnia przyniosła efekty. Nie bez powodu Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji musiała oficjalnie upomnieć stację radiową właśnie za występy wójta. Trzeba mieć nie lada talent, by lokalnym, opłaconym wywiadem ściągnąć na rozgłośnię gniew KRRiT.

Dyplomata z przekąsem i rynsztok na salonach

Jeśli w radiu maski są tylko uchylane, to na sesjach rad opadają z hukiem na podłogę.

Wójt Osewski traktuje salę obrad nie jak miejsce stanowienia prawa, ale jak tanią mordownię. Słownictwo, którego potrafi tam użyć, to czysty rynsztok. Rzucanie wyzwiskami pokroju „debile” czy „idioci” weszło mu już niemal w nawyk. Co gorsza, jego płomienne słowotoki nader często brawurowo mijają się z prawdą. Wójt z rozbrajającą wręcz ignorancją potrafi skwitować swój styl słowami: „z chamem trzeba po chamsku”. To filozofia tak samo fatalna, co destrukcyjna. Ktoś powinien wójtowi uświadomić, że zniżając się do tego poziomu, sam automatycznie staje się największym chamem w pomieszczeniu. Usprawiedliwianie własnego prostactwa rzekomym prostactwem innych to droga na samo dno politycznej kultury.

A prezydent Andrukiewicz? Bynajmniej nie jest święty. Kiedy podczas miejskich sesji opozycja przyciska go do muru, potrafi pokazać pazury. Odpiera zarzuty ze złością, bywa złośliwy, cyniczny i rzuca uwagami pełnymi przekąsu. Ale, i tu, leży pies pogrzebany. Na tle brutalnego szarżowania wójta Osewskiego, Andrukiewicz jawi się niczym wyrafinowany lord. Trzyma fason. Nawet gdy ulewa mu się z nerwów, wciąż operuje w granicach szeroko pojętej kultury. Wizerunkowo wygrywa tę batalię w przedbiegach.

Cyfrowe pole minowe

Jest jeszcze internet. Ostateczny test na trzymanie nerwów na wodzy. W komentarzach pod postami obydwu panom zdarza się pęknąć. „Uleje się” jednemu i drugiemu.

Jednak to, co w sieci wyczynia Tomasz Osewski, to podręcznikowy przykład, jak nie komunikować się z obywatelami. Jego odpowiedzi do komentujących mieszkańców bywają po prostu fatalne – pełne wyższości, arogancji i agresji. Zamiast ucinać spekulacje, sam podkłada ogień pod kolejne wizerunkowe pożary.

Ełcka scena samorządowa to dzisiaj obraz dwóch skrajności. Z jednej strony do bólu poprawny polityczny cyborg, który za fasadą uśmiechu potrafi ukąsić cynizmem. Z drugiej, polityczny bokser bez rękawic, który myli sprawowanie władzy z knajpianą awanturą. I choć do pierwszego można mieć pretensje o sztuczność, to drugiemu po prostu brakuje elementarnych manier. 


Klasa polityczna to ostatecznie coś, czego nie da się wybudować razem z nową drogą, ani sfinansować z unijnych dotacji. Ją się po prostu ma, albo nadrabia się jej brak krzykiem. Ełczanie sami muszą ocenić, która z tych dróg jest im bliższa.