Wnioski budżetowe składane osobno przez radną Gierasimiuk i Sobolewskiego pokazują, że klub w ogóle nie istnieje jako zespół. Jeszcze bardziej widać to przy wotum zaufania dla prezydenta – część radnych „za”, część „przeciw”. To nie tylko brak strategii – to jawny konflikt interesów i ambicji, który zjada Platformę od środka.
Do tego dochodzą spory personalne. Obsadzanie stanowisk w miejskich spółkach – Andrzej Orzechowski w radzie nadzorczej Eko-Mazur czy Leszek Tarasiewicz w PUK – tylko podgrzewa atmosferę. Jedni uważają, że to pragmatyczne układanie się z władzami, inni – że zdrada ideałów. Te napięcia widać przy każdym głosowaniu i każdym budżetowym wniosku – Platforma kłóci się sama ze sobą, zanim ktokolwiek z zewnątrz zdąży ją rozliczyć.
Wewnątrz klubu trwa walka o wpływy, o to, kto będzie decydował i kto zagarnie kawałek władzy. Radni nie potrafią współpracować, a każdy ruch w stronę prezydenta czy przeciwko niemu staje się kolejnym rozłamem. Konflikt osobisty miesza się z politycznym, ambicje przysłaniają wspólne cele.
I kto na tym korzysta? Oczywiście prezydent i jego ugrupowanie. Im większy chaos w PO, im bardziej radni rozbijają się na frakcje, tym łatwiej władzom miasta przepchnąć swoje pomysły i dyktować warunki. W tym rozgardiaszu Platforma nie zyskuje nic – tylko traci twarz i wpływy, podczas gdy inni liczą zyski.
Platforma w Ełku od lat była „kwiatkiem do kożucha”. Nawet gdy kiedyś miała swoich ludzi wiceprezydentów, dziś nikt o tym nie pamięta. Została partia, która zamiast walczyć o własną pozycję, wikła się w wewnętrzne spory.
PO w Ełku musi zdecydować, czy chce być poważnym graczem, czy dalej ma udawać, że jest licząca się siłą. Bo jeśli sama nie wie, czym jest, inni szybko przestaną ją traktować poważnie. Im dłużej Platforma będzie się kłócić sama ze sobą, tym mocniej inni będą na tym żerować.







