Kiedy w Ukrainie spadają kolejne rakiety, a Rosja z Białorusią ćwiczą w ramach manewrów Zapad, pytanie o bezpieczeństwo w Polsce staje się coraz bardziej uzasadnione. W Ełku coraz częściej słychać głosy: gdzie mamy się schronić, jeśli coś złego wydarzy się i u nas?
Na to pytanie nikt nie udziela jasnej odpowiedzi i nie wydaje specjalnych komunikatów.
„Nie wiemy, co robić”
– Nie mamy pojęcia, gdzie są schrony. Jak zawyją syreny, to mam biec z dzieckiem do piwnicy? Na stadion? Do szkoły? Nikt nam tego nie powiedział – mówi pani Monika z osiedla Jeziorna.
Inny mieszkaniec dodaje: – Żyjemy jakby w zawieszeniu. Teoretycznie mamy NATO, mamy wojsko. Ale w praktyce, jeśli coś się stanie, nie wiemy nawet, gdzie się kierować.
Schrony widmo
Według papierów, w Ełku, wciąż istnieje kilkanaście obiektów, które kiedyś pełniły rolę schronów. W rzeczywistości to głównie piwnice w blokach, pomieszczenia techniczne i dawne magazyny. Zagracone, zagrzybione, bez wentylacji. Miejsca, które bardziej przypominają składziki niż przestrzeń, w której można chronić ludzi.
Milczenie władz
Władze miasta nie podejmują tematu. Nie ma mapy schronów, nie ma listy adresów, nie ma ulotek informacyjnych. Cisza.
Mieszkańcy zostali pozostawieni sami sobie – i sami próbują domyślać się, co robić w razie kryzysu.
To milczenie niepokoi jeszcze bardziej niż sam brak schronów. Bo jeśli coś miałoby się wydarzyć, każdy będzie działał na własną rękę – a chaos w sytuacji zagrożenia to najgorszy możliwy scenariusz.
Ełk zasługuje na jasne odpowiedzi
Czy w mieście są sprawne schrony? Ile ich jest i gdzie dokładnie się znajdują? Dlaczego nikt nie informuje mieszkańców, jak mają reagować na wypadek alarmu?
Dopóki władze nie odpowiedzą na te pytania, ełczanie będą żyć w poczuciu niepewności. A w czasach, gdy wojna toczy się tuż za granicą, to niepewność może być groźniejsza niż same ćwiczenia wojskowe w telewizji.







