Gdzie ełczanin strzyże włosy, a gdzie urząd gubi rozum

Kiedy ełcki ratusz ogłasza konsultacje społeczne, człowiek naiwnie chce wierzyć, że wkraczamy w epokę nowoczesnego samorządu. Wyobrażamy sobie mądre debaty, głębokie analizy i pochylanie się nad prawdziwymi problemami mieszkańców. Tymczasem rzeczywistość brutalnie sprowadza nas na ziemię, serwując darmowy formularz Google, który z rzetelnymi badaniami opinii ma tyle wspólnego, co rzeźbienie w błocie z architekturą. Jeśli na podstawie tego ankietowego potworka miasto zamierza pisać strategie i wydawać nasze miliony, to radzę mocno zapiąć pasy.

Zacznijmy od tego, że urzędnicy postanowili zapytać o nasze życiowe wybory. Czy w ciągu ostatnich pięciu lat zmieniłeś miejsce zamieszkania? Odpowiadasz uczciwie, że nie. Siedzisz w tym samym bloku od dekady. Klikasz „dalej” i co widzisz? Ankieta z uporem maniaka żąda, abyś w kolejnym pytaniu ocenił podjętą decyzję o przeprowadzce. Logika warunkowa – czyli ukrywanie pytań, które ankietowanego nie dotyczą – to funkcja, którą darmowe kreatory w internecie posiadają od czasów łupanego internetu. Ale nie w Ełku. Tutaj musisz oceniać przeprowadzkę, której nigdy nie było. Baza danych zaleje się więc odpowiedziami ludzi, którzy z nudów albo dezorientacji klikną cokolwiek, żeby tylko pójść dalej. Śmieciowe dane na wejściu gwarantują śmieciowe wnioski na wyjściu.

A skoro już o ocenianiu mowa, to ełcka ankieta jawi się jako narzędzie wyjątkowo opresyjne. Jeśli jednak przyznasz, że zmieniłeś adres, musisz tę decyzję ocenić na koślawej skali. Masz do wyboru warianty zdecydowanie pozytywne, raczej pozytywne, negatywne i… zdecydowanie negatywne. Gdzie podziało się „raczej negatywnie”? Ktoś w urzędzie zgubił je po drodze do pracy? Co gorsza, nikt nie przewidział opcji neutralnej. Nie możesz powiedzieć „bez zmian” albo „trudno powiedzieć”. Ratusz łapie cię za gardło i zmusza do radykalnych deklaracji. W socjologii zepsuta, asymetryczna skala sprawia, że całe badanie nadaje się wyłącznie do niszczarki. W Ełku posłuży pewnie do napisania opasłego raportu.

Jednak prawdziwym kuriozum, absolutną wisienką na tym zakalcowatym torcie, są pytania o usługi. Miasto, które powinno zajmować się planowaniem przestrzennym, siatką szkół i rzetelnym transportem, z powagą godną lepszej sprawy pyta ełczan… gdzie chodzą do fryzjera i gdzie naprawiają auto. Wyobraźcie to sobie: wielcy stratedzy miejscy pochyleni nad Excelem, analizujący z wypiekami na twarzy, że piętnaście procent mieszkańców osiedla Konieczki robi trwałą ondulację w gminie wiejskiej. Jak to wpłynie na rozwój infrastruktury? Nijak. To są tak zwane pytania-zapchajdziury, które tylko wydłużają ankietę i sprawiają, że człowiek ma ochotę zamknąć przeglądarkę i pójść na spacer.

Najsmutniejsze w tym wszystkim nie jest jednak to, o co urząd pyta, ale to, co ostentacyjnie pomija. Formularz z uporem godnym maniaka drąży, skąd i dokąd się wyprowadziłeś, ale w żadnym miejscu nie zadaje kluczowego pytania: dlaczego? Dlaczego uciekłeś z Ełku na wieś? Przez patodeweloperkę? Brak parkingów? Ceny mieszkań? Hałas pod oknem? Brak żłobków? Tego się nie dowiemy. Ratusz woli ślizgać się po powierzchni zjawisk, zbierając suche, zniekształcone deklaracje, z których nie da się wyciągnąć ani grama wniosków naprawczych.

Wypuszczenie w sieć niezabezpieczonego linku, w którym każdy może zagłosować sto razy pod rząd z ukrytej karty w przeglądarce, to nie są żadne konsultacje społeczne. To urzędnicza alibi-zabawa w demokrację. Odhaczone, zrobione, lud przemówił. Szkoda tylko, że w ten sposób Ełk traci nie tylko czas mieszkańców, ale i szansę na to, by w końcu dowiedzieć się, co tak naprawdę nas boli. Ale przynajmniej wiadomo, gdzie strzyżemy włosy.