Jak radny Wisowaty poluje na radnego Dzienisiewicza

Kiedy polityka lokalna degeneruje się do poziomu drobiazgowego księgowania cudzego czasu, a mandat radnego sejmiku zostaje zredukowany do funkcji szpiega z lupą, w samorządzie umiera debata o przyszłości miasta. W Ełku nie mamy już do czynienia z różnicą programów czy ścieraniem się wizji rozwoju. Mamy wojnę hybrydową, w której instytucjonalne narzędzia kontroli zaprzęgnięto do systemowego nękania jednego człowieka. Radny Bogusław Wisowaty udowadnia, że obsesja skutecznie wyparła jakąkolwiek refleksję publiczną.

Dlaczego ostrze ełckiej inkwizycji uderzyło z taką siłą akurat w Ireneusza Dzienisiewicza? Odpowiedź tkwi w konkretnym momencie zapalnym, w którym skrzyżowały się interesy lokalnego układu i obywatelski opór.

– Nagła, wręcz obsesyjna aktywność radnego wojewódzkiego Wisowatego wokół mojej osoby to żaden przypadek. Dziwnym trafem rozpoczęła się dokładnie w momencie, gdy publicznie ujawniłem i zablokowałem plany wycinki drzew pod ścieżkę rowerową między Ełkiem a Nową Wsią. Najwyraźniej nadepnąłem na odcisk komuś, kto uważał, że sprawę uda się po cichu zamieść pod dywan — mówi radny Dzienisiewicz.

Zanim jednak uruchomiono urzędowe procedury, teren przygotowano cyfrowo. Przestrzeń publiczna w mediach społecznościowych zaczęła puchnąć od paszkwili. Grupa „Samorządni Ełczanie” oraz profile pokroju „Druga strona medalu” czy „Piotr Strykowsky” stały się platformą bezwzględnego hejtu. To nie była polemika, to była zaplanowana egzekucja wizerunkowa, której celem było złamanie przeciwnika metodami rodem z najgorszych standardów politycznego podziemia.

Kiedy internetowy szum okazał się niewystarczający, do gry wkroczyła biurokracja. Najpierw ponad dwieście zapytań w trybie dostępu do informacji publicznej zalało Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji, miejsce zatrudnienia Dzienisiewicza, paraliżując jego codzienne funkcjonowanie. Gdy to nie przyniosło upragnionego „haka”, radny Wisowaty poszedł o krok dalej.

W kolejnym wniosku (skierowanym pod koniec sierpnia 2026 r. za pośrednictwem dyrektora MOSiR Wojciecha Kossakowskiego) zażądał skrupulatnego rozliczenia trzynastu dat z zapytaniem, czy w tych dniach świadczył pracę? Pod lupę wziął m.in. 5 czerwca 2024 r., 9 lipca 2024 r., 20 sierpnia 2025 r., grudniowe końcówki 2025 roku (9 i 30 grudnia), początek stycznia 2026 r., marzec (11 i 16 marca), 10 kwietnia, aż po gorące miesiące letnie 2026 roku: 28 lipca oraz 5, 11 i 12 sierpnia.

W tej pedantycznej wyliczance kryje się jednak ponury absurd i dowód na całkowite oderwanie od realiów samorządowych. Wśród „podejrzanych” dla Wisowatego dni znalazł się 11 sierpnia 2026 r., kiedy Dzienisiewicz brał udział w kluczowym spotkaniu w sprawie ełckiego szpitala na zaproszenie prezes Pro-Medica Bożeny Szelągowskiej i wicewojewody Zbigniewa Szczypińskiego. Dzień później, 12 sierpnia, jego obecność odnotowano na naradzie w gabinecie wiceprezydenta Artura Urbańskiego, gdzie wspólnie z Mirosławem Hołubowiczem i mieszkańcami rozmawiano o poszerzeniu granic Ełku. To było spotkanie zamknięte i nie było na nim Wisowatego.

Pojawia się tu fundamentalne pytanie. Skąd radny sejmiku województwa dysponował tak intymną wiedzą o zamkniętych spotkaniach, gabinetowych rozmowach i kalendarzach niedostępnych dla opinii publicznej? Kto w ełckich strukturach gra rolę potajemnego informatora, dostarczając amunicji do politycznego polowania?

Tymczasem efekty formalnej działalności samego Wisowatego na szczeblu wojewódzkim wg Dzienisiewicza pozostawiają wiele do życzenia.

– Bogusław Wisowaty pełni funkcję przewodniczącego komisji ochrony środowiska w sejmiku województwa. Na BIP-ie Urzędu Marszałkowskiego wisi już 20 protokołów z posiedzeń tej komisji. Jaki jest realny efekt dla Ełczan? Okrągłe zero. Żadnego planu walki ze skandalicznym smrodem i odorami, które od lat zatruwają życie mieszkańcom Ełku – mówi radny miejski.

Żeby poznać też rację drugiej strony, czyli samego Wisowatego, skierowaliśmy do niego szereg pytań, które publikujemy w całości. Dlaczego Pana wnioski o informację publiczną skupiają się wyłącznie na MOSiR-ze oraz na jednej, konkretnej osobie, radnym i pracowniku Ireneuszu Dzienisiewiczu? Czy złożył Pan analogiczne wnioski o szczegółowe rozliczenie czasu pracy, ewidencję i minutowe raporty w stosunku do innych miejskich jednostek oraz innych radnych miejskich w Ełku? Jeśli nie, z czego wynika ta wybiórczość? Czy stoi Pan za i wspiera profil „Druga strona medalu”? Czy opłacił Pan administratora grupy „Samorządni Ełczanie”? Czy wspierał Pan kiedykolwiek profile o charakterze hejterskim, w tym profile Michał Lisek, Piotr Strykowsky? Czy współpracował Pan z osobami stojącymi za fałszywymi profilami w mediach społecznościowych? Czy opłacił Pan numer (czeski starter), który posłużył do zarejestrowania strony „Piotr Strykowsky” na FB?

Dlaczego w ogóle padły takie pytania? Bo nie wzięły się z kapelusza.

Nie pytaliśmy Bogusława Wisowatego o przypadkowych ludzi i przypadkowe profile. Pytania pojawiły się dlatego, że w przestrzeni internetowej zaczęły pojawiać się powtarzalne mechanizmy wzajemnego wspierania określonych przekazów. Przesyłanie potajemnie linków do konkretnych publikacji, wzajemne lajkowanie i komentowanie, promowanie tych samych treści oraz udowodnione przez algorytmy powiązania pomiędzy profilami, które konsekwentnie publikowały materiały uderzające w te same osoby.

Dziennikarstwo śledcze nie polega na tym, żeby udawać, że powtarzające się zależności nie istnieją. Polega na tym, żeby je zauważyć, udokumentować i zadać pytanie,  czy za tymi pozornie niezależnymi działaniami istnieje jakakolwiek sieć powiązań?

W odpowiedzi Wisowaty uciekł w klasyczny manewr paniki. Zamiast merytorycznej odpowiedzi, zaatakował i zamiast odpowiedzieć merytorycznie sam zaczął pytać, do czego nie miał prawa. To jego odpowiedź.

Nie szanuję Pani działalności, gdyż jest ona hejterska, manipulacyjna i stronnicza, ale dziś zrobię wyjątek. Proszę o przesłanie dokumentów potwierdzających Pani wykształcenie/wiedzę dziennikarską, jak już Pani powołuje się na prawo prasowe…

Dlaczego interesuje się Pani radnym Ireneuszem Dzienisiewiczem, czy są Państwo w jakimś układzie i ma Pani za zadanie promocje jego osoby i ugrupowania do którego należy? Czy hejterski profil „Pójdę Bosko” to Pani drugie konto? Czy jest Pani opłacana przez Ireneusza Dzienisiewicza, ugrupowanie „Łączy nas Ełk”? Czy ma Pani dostęp do konta hejterskiego Michał Lisek i czy kiedykolwiek pisała Pani posty korzystając z tego konta? Czy współpracuje Pani z kontami hejterskimi w mediach społecznościowych? Czy opłacała Pani numer (starter), który posłużył do zarejestrowania strony „Michał Lisek”? Ponadto informuje, iż na pytania zadane przez Panią udzielałem odpowiedzi podczas przesłuchania na Komendzie Powiatowej Policji w Ełku.

Przypomnieliśmy więc rzecz podstawową, że status osoby publicznej nie czyni z Wisowatego ani prokuratora, ani cenzora mediów. Powoływanie się na odpowiedzi składane podczas przesłuchania na Policji nie zwalnia go z obowiązku zmierzenia się z pytaniami opinii publicznej. Wskazaliśmy również art. 7 ust. 2 pkt 5 Prawa prasowego, który definiuje dziennikarza przez wykonywany fach, a nie dyplom uczelni, oraz art. 44 tej ustawy, dotyczący odpowiedzialności za utrudnianie lub tłumienie krytyki prasowej. Wisowaty ma prawo krytykować dziennikarza. Nie ma jednak prawa decydować, kto może go pytać i na jakiej podstawie.

Na zadane pytania radny Wisowaty nie odpowiedział ani słowem. Próbował zagrać w politycznego ping-ponga, który zakończył kuriozalnym pouczeniem.

„Nie zadała Pani żadnego pytania dotyczącego mojej działalności jako radnego, skupia się Pani głównie na hejterskich relacjach w mediach społecznościowych, sugeruje się plotkami i własnymi domysłami. Proponuję więcej rzetelności, mniej emocji i poważnego podejścia do mojej pracy”.

Problem z radnym Wisowatym polega na tym, że tam, gdzie pytano o merytoryczne wnioski i zorganizowaną działalność hejterską, próbowano zamienić pytania w absurdalną grę pozorów.

Od redakcji

W polityce kontrola jest czymś normalnym. Jest wręcz jednym z fundamentów życia publicznego. Problem zaczyna się wtedy, gdy kontrola przestaje być narzędziem służącym wyjaśnianiu spraw publicznych, a zaczyna przypominać systematyczne rozliczanie jednego, konkretnego człowieka. Wtedy zasadne staje się pytanie nie tylko o to, co jest kontrolowane, ale przede wszystkim – po co? I właśnie takie pytania dziś trzeba postawić.

Nie dlatego, że Ireneusz Dzienisiewicz powinien być poza kontrolą. Wręcz przeciwnie. Jako radny miejski, osoba publiczna i uczestnik lokalnego życia politycznego musi liczyć się z pytaniami, krytyką, kontrolą i rozliczaniem ze swojej działalności. Ale ta zasada działa w obie strony. Bogusław Wisowaty również jest osobą publiczną.

A osoba publiczna, która zadaje innym pytania, musi być przygotowana na to, że sama również będzie pytana. Co więcej, musi zaakceptować, że pytania mogą dotyczyć dokładnie tych obszarów jej działalności, które sama uznaje za warte publicznego rozliczenia u innych.

I właśnie tutaj odpowiedź Bogusława Wisowatego staje się szczególnie interesująca. Bo zamiast odpowiedzi na konkretne pytania otrzymaliśmy zmianę przedmiotu rozmowy. Pytanie zostaje zastąpione pytaniem. Kontrolowany staje się kontrolującym. Dziennikarz staje się bohaterem sprawy. A polityk, którego działalność miała być przedmiotem pytań, przestaje być przedmiotem jakiejkolwiek odpowiedzi. To klasyczny mechanizm odwracania uwagi, bo Wisowaty nie odbija piłki po to, żeby odpowiedzieć. Odbija ją po to, żeby zmienić temat. I robi to bardzo konsekwentnie.

Nie zadała Pani żadnego pytania dotyczącego mojej działalności jako radnego — stwierdził Bogusław Wisowaty.

Tyle że ten argument nie wytrzymuje konfrontacji z treścią pytań, które otrzymał. Bo czym, jeśli nie pytaniem o działalność publiczną radnego, jest pytanie o to, jak i dlaczego wykorzystuje on instrument dostępu do informacji publicznej? Czym, jeśli nie pytaniem o sposób wykonywania mandatu, jest pytanie o to, dlaczego kolejne wnioski kierowane są do konkretnej miejskiej jednostki i dotyczą konkretnego pracownika, będącego jednocześnie miejskim radnym? Czym, jeśli nie pytaniem o działalność publiczną, jest pytanie o ewentualne związki polityka z anonimowymi lub pseudonimowymi profilami prowadzącymi przekaz wymierzony w politycznego przeciwnika?

To nie są pytania o prywatne życie Bogusława Wisowatego. To pytania o jego aktywność jako osoby publicznej. Jeżeli odpowiedź na te pytania brzmi „nie”, wystarczy powiedzieć „nie”. Jeżeli odpowiedź brzmi: „nie mam z tym nic wspólnego”, wystarczy to jasno powiedzieć. Jeżeli istnieją dokumenty, które pozwalają wyjaśnić sprawę, można je przedstawić. Tak właśnie wygląda publiczna debata.

Nie wygląda natomiast tak, że polityk zamiast odpowiedzieć na pytania dotyczące własnej działalności zaczyna przesłuchiwać dziennikarza.

I tu dochodzimy do sedna. Bo ta historia nie jest już wyłącznie historią Ireneusza Dzienisiewicza. Jest historią o standardach lokalnej ełckiej demokracji.

O tym, czy kontrola jest rzeczywiście mechanizmem przejrzystości, czy może staje się politycznym narzędziem używanym wybiórczo. O tym, czy osoba publiczna potrafi przyjąć dokładnie ten sam standard, który stosuje wobec swoich politycznych przeciwników. I wreszcie o tym, czy pytania w ełckiej polityce mają służyć ustalaniu faktów, czy jedynie przerzucaniu odpowiedzialności i szukaniu na siłę haków. Bo w demokracji prawo do zadawania pytań nie jest przywilejem jednej strony.

Jeżeli Bogusław Wisowaty chce patrzeć innym na ręce, musi zaakceptować, że ktoś będzie patrzył również na jego ręce.

To nie jest odwet. To nie jest „układ”. To nie jest kampania przeciwko radnemu. To jest dokładnie ten sam mechanizm kontroli społecznej, którego sam domaga się wobec innych. I właśnie dlatego pytania skierowane do Bogusława Wisowatego nie są problemem. Problemem jest to, że zamiast odpowiedzi dostaliśmy kolejną serię pytań.

Ale polityczny ping-pong ma jedną podstawową wadę. Można odbijać piłkę w nieskończoność, ale w pewnym momencie czytelnik zaczyna widzieć, że nikt nie chce zdobyć punktu, tylko że ktoś po prostu nie chce odpowiedzieć. Dlaczego?

I na koniec rzecz najważniejsza.

Radny Wisowaty doskonale zna sprawę Michała Liska. Zna jej kulisy, zna pochodzenie numerów telefonów i zna również ustalenia poczynione w toku postępowania. Mimo to konsekwentnie próbuje przerzucać ciężar tej sprawy na redakcję, sugerując jej związki z profilem, o które sam został zapytany. To nie jest przypadek. To świadoma próba odwrócenia uwagi od pytań, na które nie udzielił odpowiedzi.

 Jeżeli Wisowaty chce kontynuować tę narrację, będzie miał okazję przedstawić swoje argumenty tam, gdzie takie sprawy rozstrzyga się w sposób formalny, przed sądem.

Ale o tym  w kolejnych publikacjach.