Strona główna » Lokalne » U nas na osiedlu
Lokalne

U nas na osiedlu

U nas na osiedlu kodeks był prosty. Silniejsi rządzili, mieli pierwszeństwo w dostępie do boiska, waty cukrowej, hydrantu z wodą, podwórkowej ławki, kolejki do lodów i właściwie do wszystkiego, co im przyszło do głowy, że warto było to mieć.

Słab­si, a wła­ści­wie głup­si musie­li cze­kać na swo­ją szan­sę jak pies przy sto­le liczą­cy, że jakieś reszt­ki spad­ną, że dobry pan” wycią­gnie rękę i podzie­li się swo­im dobrobytem.

Jed­nak­że sil­ni i mądrzy, pew­ni sie­bie, czę­sto zapo­mi­na­ją, że usta­lo­ny porzą­dek osie­dla, nie jest wiecz­ny. Rodzi cza­sem ludzi nie­bez­piecz­nych – pozba­wio­nych zna­czą­cych zalet, ale nad­mier­nie, a wręcz cho­ro­bli­wie ambit­nych. Dobrze, gdy za ambi­cja­mi idzie cięż­ka pra­ca, dzię­ki któ­rej moż­na w koń­cu prze­bić się w hie­rar­chii osie­dlo­wej, posta­wić ponad sil­niej­szy­mi, ba nawet ich sobie pod­po­rząd­ko­wać, wyko­rzy­stać ich mądrość, a potem pro­wa­dzić podwór­ko” ku lep­szej przyszłości.

Gorzej, gdy za ambi­cją nie idzie inte­li­gen­cja, życio­wy roz­są­dek, a jedy­nie puste prze­świad­cze­nie o wła­snej wyż­szo­ści. Zrzu­ca się wów­czas wszyst­kie winy świa­ta na nie­spra­wie­dli­wość losu – za to, że jest się cher­la­wym chło­pacz­kiem, któ­ry led­wo, z wysił­kiem pod­no­si wła­sne buty, za to, że nie jest się w sta­nie prze­ciw­sta­wić wład­com osie­dla – bo są sil­niej­si i tro­chę mądrzej­si. Pozo­sta­je wów­czas cier­pli­wie cze­kać na życio­wą oka­zję, na swo­je pięć minut, sie­dząc z podob­ny­mi sobie gdzieś w piw­ni­cy, snu­jąc wspól­nie pla­ny o przy­szłej potę­dze, łyka­jąc ste­ry­dy i inne dopa­la­cze mają­ce z cza­sem wyrów­nać życio­we możliwości.

Jed­nak, gdy się cze­ka zbyt dłu­go, poja­wia się fru­stra­cja. Fru­stra­cja pobu­dza­ła nie­na­wiść, nie­na­wiść chęć zemsty, potrze­bę udo­wod­nie­nia, iż dotych­czas życie było nie­spra­wie­dli­we, a tyl­ko przy­pa­dek zrzą­dził o tym, kto na osie­dlu lał, a kto był lany. Pra­gnie­nie ode­gra­nia się jest zawsze moto­rem napę­do­wym dla deter­mi­na­cji, cier­pli­wo­ści w zno­sze­niu czę­sto wyima­gi­no­wa­nych krzywd i umie­jęt­no­ści prze­trwa­nia do chwi­li, gdy życie wresz­cie obwie­ści – teraz k… wy! Bierz­cie kij i napierd …, za wasze znie­wa­gi, za lata upo­ko­rzeń i cierpień.

Czas szyb­ko mija, więc ten moment na osie­dlu wresz­cie przy­szedł. Sta­ra ban­da poszła w roz­syp­kę. Jed­ni pod­ro­śli, uspo­ko­ili się, tak jak Darek, któ­ry wyje­chał do pra­cy za gra­ni­cę. Paru się roz­pi­ło, tak jak Mirek, któ­ry pra­cu­je gdzieś na budo­wie, a po pra­cy inte­re­su­je go tyl­ko piwo i rol­nik szu­ka żony”. Grze­gorz skłó­co­ny ze wszyst­ki­mi w ogó­le nie wycho­dzi z domu, pla­nu­jąc, czort wie co. Han­ka odkry­ła powo­ła­nie w kuch­ni i zaj­mu­je się swo­im gospo­dar­stwem domo­wym. Ewa roz­cza­ro­wa­na nie­szczę­śli­wą miło­ścią leczy depre­sję … Nikt z nikim już nie roz­ma­wia, nie spo­ty­ka się na ław­ce. Wszy­scy mówią, że trze­ba się w koń­cu pozbie­rać, ale tak napraw­dę niko­mu się już nic nie chce i nie ma żad­nych per­spek­tyw, żeby kie­dy­kol­wiek się zachciało.

Sko­ro ci mądrzej­si wypa­dli” to chło­pa­ki z piw­ni­cy wyczu­li szan­sę na prze­ję­cie osie­dla. Wyleź­li na zewnątrz z tym swo­im świę­tym wkur­wem, aby poka­zy­wać wszyst­kim, co teraz mogą. Już malu­ją spray­em po ścia­nach, już tłu­ką szy­by i rysu­ją samo­cho­dy. Demo­lu­ją wszyst­ko to, co zro­bi­li poprzed­ni­cy – nie ma już huś­taw­ki, zaraz rozp … pia­skow­ni­cę, a sta­ra ław­ka przy­da się na roz­pał­kę, gdy będą palić osie­dlo­wą szopę.

Żyją na mak­sa z prze­ko­na­niem, że teraz, wresz­cie, naresz­cie wszyst­ko im wol­no, a gdy ktoś nie­opatrz­nie zapro­te­stu­je, mówią ze śmie­chem bo co nam teraz ku… zro­bi­cie?” Pod­nie­ca­ją się jado­wi­tą satys­fak­cją, że w koń­cu role się odwró­ci­ły i nakrę­ce­ni w cho­ro­bli­wym amo­ku pla­nu­ją kogo jesz­cze war­to dorwać, aby poznał ból ich zemsty.

Dla­te­go skle­po­wa, któ­ra nie chcia­ła dawać na kre­chę, boi się wycho­dzić z domu, nauczy­ciel­ka, któ­rej po pro­stu nie lubi­li, jest na cho­ro­bo­wym, a sta­ry Cygan prze­zor­nie zwiał do Anglii, bo łatwo odgadł, że ciem­niej­szy kolor skó­ry jest wystar­cza­ją­cym pre­tek­stem do solid­ne­go łomotu.

Czas spo­ko­ju na osie­dlu dobiegł do koń­ca. Nawet ci, co do tej pory wspie­ra­li chłop­ców z piw­ni­cy – bo w sumie ład­nie mówi­li i nawet cza­sem budzi­li sym­pa­tię, bo zawsze kibi­cu­je się tym słab­szym – teraz muszą mieć się na bacz­no­ści. Ich też nie oszczę­dzi hura­gan osie­dlo­wej spra­wie­dli­wo­ści. To tyl­ko kwe­stia czasu.