„Nie rżnij, Boguś, nie rżnij” – od tego dosadnego, acz jakże adekwatnego do sytuacji apelu trzeba zacząć opowieść o tym, jak w pocie czoła wykuwa się samorządowe „sukcesy” w Ełku. Sprawa dotyczy z pozoru błahej inwestycji: dwukilometrowego odcinka ścieżki rowerowej łączącej Ełk z Nową Wsią Ełcką. Zamiast jednak radosnego przecinania wstęgi, mamy do czynienia z festiwalem niekompetencji, w którym stawką jest już nie tylko przyroda, ale elementarny komfort życia mieszkańców. A wszystko zaczęło się od tego, że ktoś zapomniał, co kryje się pod ziemią.
Pierwotny plan zakładał poprowadzenie ścieżki po prawej stronie drogi wojewódzkiej nr 621. Pomysł logiczny, dopóki nie okazało się, że centralnie pod planowaną trasą spoczywa kluczowa infrastruktura z 1975 roku – magistrala wodociągowa i potężne kolektory ściekowe obsługujące 60 tysięcy ełczan. Wpuszczenie tam ciężkiego sprzętu to proszenie się o pęknięcie rur i katastrofę sanitarną. Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji (PWiK) w Ełku postawiło sprawę jasno: zgody na takie rozwiązanie nie ma i nie będzie. PWiK zgłosił inwestorowi zakres prac do wykonania zabezpieczając tym samym interes mieszkańców. Co na to inwestor? Kategorycznie odmówił wyłożenia grubych milionów na przebudowę i przeniesienie podziemnych kolektorów. Skoro wodociągi mówią „nie dla takiego rozwiązania”, a inwestor krzyczy „nie zapłacę”, projekt utknął w martwym punkcie.
W każdym racjonalnie zarządzanym miejscu urzędnicy usiedliby z projektantem i poszukali mądrego kompromisu. Jednak w Ełku do akcji wkroczyli politycy ratujący sytuację za pomocą topora. Radny wojewódzki Bogusław Wisowaty wpadł na iście „salomonowe” rozwiązanie: rzućmy ścieżkę na lewą stronę! Tam rur nie ma. Co z tego, że trzeba wyciąć setki, a może i tysiące drzew na odcinku dwóch kilometrów? Kłopot z głowy, inwestycja uratowana.
I tu dochodzimy do sedna dramatu, o którym radny Wisowaty woli głośno nie wspominać. Wyznaczone pod topór zalesienie to nie są zwykłe przydrożne chaszcze. To gęsty, zielony bufor oddzielający mieszkańców od lokalnego zakładu utylizacji. Te drzewa stanowią jedyną naturalną barierę, która powstrzymuje fetor przed rozlewaniem się na okoliczne osiedla. Ich wycięcie nie jest drobnym zabiegiem estetycznym, to wyrok na mieszkańców, których czeka życie w permanentnym smrodzie, potęgowanym z każdym powiewem wiatru od strony zakładu. Ścieżka rowerowa powstanie, owszem, ale cykliści będą musieli pokonywać ją w maskach przeciwgazowych.
Na alarm zaczął bić miejski radny Ireneusz Dzienisiewicz, próbując uświadomić decydentom katastrofalne skutki tej „bezkolizyjnej” operacji. Z jaką reakcją się spotkał? Posłuchajmy wójta gminy Ełk, Tomasza Osewskiego, który podczas sesji wypalił:
„Są pewne zagrożenia, jak na przykład ścieżka rowerowa do Nowej Wsi. Bo na przykład pan Dzienisiewicz… bo w związku z tym, że budowa tej ścieżki po prawej stronie wiązałaby się z milionowymi kosztami i dobrze, że radny wojewódzki wpadł na pomysł, żeby przesunąć to na lewą stronę, że to wymaga wycięcia iluś drzew, ale drzewa można odsadzić, bo przyrodę można odsadzić. Ale Dzienisiewiczowi to nie pasuje i już robi dym i wszystko, żeby ta ścieżka nie powstała. Nie wiem zresztą dlaczego w ogóle ludzie go słuchają z terenu gminy, bo jest to radny miejski.”
„Przyrodę można odsadzić”. Te słowa brzmią jak kiepski żart w ustach włodarza. Czy wójt Osewski uważa, że kilkumetrowe drzewa powstrzymujące przemysłowy odór zastąpi rzędem sadzonek i to jeszcze posadzonych w innej miejscowości? Drzewa można odsadzić, owszem, za kilkadziesiąt lat.
Próba konfrontacji z pomysłodawcą tej rzezi, radnym Bogusławem Wisowatym, to już droga przez mękę. Zapytany o konsekwencje swojego lobbingu, radny nie kryje irytacji. No i, szukacie dziury w całym” – rzuca, zapewniając lekką ręką, że drzew do wycinki jest „bardzo, bardzo niewiele”. Gdy prosimy o konkrety, zasłania się niewiedzą i oburzeniem: „Robicie dziurę w całym (…) żeby było tylko niepowodzenie. (…) Zadzwońcie do projektantów i wam wytłumaczą”. A gdy dziennikarz docieka, czy jemu samemu ktokolwiek zdołał wytłumaczyć kuriozalność tego pomysłu, pada zamykające dyskusję: „Nie mam ochoty z panią dyskutować”.
Oto standardy lokalnej władzy. Gdy spółka miejska (PWiK) odmawia zgody z obawy przed pęknięciem rur, a inwestor nie chce dopłacić za ich przeniesienie, najłatwiej uderzyć w to, co nie potrafi krzyczeć – w przyrodę. Szkoda tylko, że ofiarami tego „genialnego” planu cięcia kosztów będą ludzie, których skazuje się na smród z zakładu utylizacji. W Ełku powstanie najpewniej najdziwniejsza ścieżka rowerowa w Polsce. Taka, z której z powodu fetoru trzeba będzie uciekać z zatkanym nosem. No, ale będą mogli wreszcie przeciąć wstęgę. A radny Wisowaty wraz z wójtem Osewskim będą mogli dumnie ogłosić sukces, stojąc na pniakach i obiecując, że kiedyś, gdzieś, jakąś przyrodę przecież „odsadzą”. O ile oczywiście starczy im ochoty na dyskusję.







