
Łukasz Makarewicz (ur. 8 sierpnia 1981 r. w Ełku) był kickboxerem startującym w formułach full-contact (+91 kg), light-contact (+94 kg), K1, semi-contact i UFR. Karierę rozpoczął w rodzinnym Ełku, a następnie trenował w Norymberdze pod okiem Krystiana Bauera. W 2007 roku trafił do kadry narodowej Niemiec i zajął 2. miejsce w tamtejszym rankingu K1. W 2009 roku powrócił do Polski, gdzie reprezentował kadrę narodową, trenując u Piotra Siegoczyńskiego – siedmiokrotnego mistrza świata
Rozmawia: Renata Szymaszko
Renata: Minęło już prawie dwadzieścia pięć lat od Twoich pierwszych treningów. Jak dziś patrzysz na siebie z tamtego okresu?
Łukasz Makarewicz: Prawie nic się nie zmieniłem, wciąż ten sam upór i szaleństwo, które czasem przysparzają mi kłopotów. (śmiech)
Renata: Co najbardziej zmieniło się w Twoim podejściu do sportu przez te lata? Nadal walczysz przede wszystkim dla siebie, czy bardziej dla innych?
Łukasz: Zdrowie już nie to samo, więc nie trenuję jak kiedyś. Dziś zajmuję się szkoleniem innych — i sprawia mi to ogromną przyjemność. Uwielbiam patrzeć, jak ludzie, którzy trenują pod moimi skrzydłami, rozwijają się i nie poddają, mimo że żyjemy w czasach pełnych pokus z każdej strony.
Renata: W jednym z wcześniejszych wywiadów mówiłeś, że wciąż czegoś Ci brakuje. Czy dziś już wiesz, czego dokładnie?
Łukasz: Wciąż czegoś szukam. Choć jestem spełniony i sportowo, i prywatnie – czuję, że to jeszcze nie koniec mojej historii. Jestem pewien, że przyjdzie moment, kiedy powiem: „mam to”.
Renata: Czy po tylu latach czujesz, że masz jeszcze coś do udowodnienia – sobie albo innym?
Łukasz: Sobie już nic nie muszę udowadniać. Zdobyłem wszystko, co było do zdobycia, i jestem z siebie dumny. Łatwo nie było, ale to właśnie te trudne momenty uczą najwięcej.
Renata: Jak wygląda Twój dzień dzisiaj – bardziej niż zawodnika, trenera, czy zwykłego człowieka?
Łukasz: Zaczynam dzień od spaceru z moją cudowną suczką – to moment, kiedy układam plan dnia. Potem praca, trening, normalne życie. Łączenie codzienności z treningami nie jest łatwe, ale jakoś to wszystko ogarniam.
Renata: Wspominałeś kiedyś o chwilach zniechęcenia. Co dziś daje Ci siłę, gdy pojawia się zmęczenie albo zwątpienie?
Łukasz: Zdarzają się gorsze dni, jak każdemu. Ale kiedy wchodzę na salę – wszystko mija. To mój azyl.
Renata: Czy po tylu latach na ringu wciąż czujesz tę samą adrenalinę co na początku?
Łukasz: Odkąd zawiesiłem rękawice na kołku, adrenalina już nie jest taka sama. To był pewien etap mojego życia, który się skończył. Brakowało mi tego „strzała”, próbowałem zastąpić go np. chodzeniem po górach, ale to inny rodzaj emocji.
Renata: Skąd dziś czerpiesz motywację, gdy przychodzą trudne dni?
Łukasz: Z życia! Uwielbiam je i mogę śmiało powiedzieć, że jestem w nim zakochany. Mam wokół siebie wspaniałych ludzi – prawdziwych przyjaciół, pracę, która daje mi satysfakcję, i młodych pełnych pasji zawodników. Jak tu nie być szczęśliwym?
Renata: Jak nauczyłeś się przegrywać – i czy porażki dalej Cię napędzają?
Łukasz: Każdą porażkę można potraktować jak lekcję. Tylko od nas zależy, czy jesteśmy pilnymi uczniami.
Renata: Gdybyś mógł cofnąć czas, zrobiłbyś coś inaczej?
Łukasz: Nie. Wszystko w moim życiu było po coś i wszystko ułożyło się idealnie. Nie żałuję niczego.
Renata: Ostatnio coraz częściej angażujesz się w akcje charytatywne. Skąd ta potrzeba pomagania?
Łukasz: To wychodzi z nas – albo to masz, albo nie. Ja mam. Pomaganie daje mi ogromną satysfakcję. Najpiękniejsze jest to, że wokół mnie jest wielu ludzi z podobną empatią, więc razem możemy więcej.
Renata: Wiem, że wspierasz też osoby osadzone w zakładach karnych. Jak wygląda ta pomoc w praktyce i co Ci daje?
Łukasz: W zakładach karnych siedzą ludzie, którym powinęła się noga. Może to spotkać każdego z nas. Nie możemy się od nich odwracać. Cieszę się, że mogę być dla nich autorytetem – sportowym i życiowym. Jeśli choć jedna osoba po takim spotkaniu pójdzie w lepszą stronę, to jest sukces.
Jak powiedział Krzysztof Sosnowski: „Sport jest nieodłącznym elementem wychowania.” I w tym zdaniu jest cała prawda.
Renata: Czy kontakt z ludźmi po przejściach zmienia sposób, w jaki patrzysz na życie i na sport?
Łukasz: Nie analizuję tego. Po prostu to robię. Cieszę się, że mogę pomagać – to daje satysfakcję i sens.
Renata: Co chciałbyś przekazać tym, którym pomagasz – czego uczysz ich poprzez kickboxing?
Łukasz: Że nie wolno się poddawać. Że każdą walkę – nawet tę poza ringiem – można wygrać.
Renata: Co robisz, gdy odkładasz rękawice – jak odpoczywa ktoś, kto całe życie walczył?
Łukasz: (śmiech) Nie umiem odpoczywać. Ciągle wyznaczam sobie nowe cele tak jak kiedyś. Czasem mnie to męczy, ale po chwili znów rzucam się w coś nowego. Najważniejsze to cieszyć się życiem i niczego nie odkładać na później. Każdy z nas pisze swoją historię – ja po prostu piszę swoją dalej.
Renata: Jak sport wpływa na Twoje relacje z ludźmi – pomaga czy czasem przeszkadza?
Łukasz: Bycie byłym sportowcem to nie zawsze łatwa sprawa. Jestem uparty, zawzięty, nieustępliwy – i czasem trudno się ze mną dogadać. Ale mam w sobie też dużo empatii, więc jakoś się to równoważy.
Renata: Czy czujesz, że Twoja historia może być inspiracją dla młodych, którzy dopiero szukają swojej drogi?
Łukasz: Mam nadzieję, że tak. Wraz z moim przyjacielem Piotrem Bąkowskim założyliśmy Polską Federację Kickboxingu. Szerzymy sport wśród dzieci i młodzieży, prowadzimy projekty takie jak „Łączy nas sport, nie narkotyki”. To daje ogromną satysfakcję – bo pokazuje, że można spełniać marzenia i iść swoją drogą.
Renata: I wreszcie – o czym dziś marzy Łukasz Makarewicz?
Łukasz: Pani Redaktor, ja swoje marzenia po prostu spełniam. Wiem, że wszystko, co sobie wymyślę, jestem w stanie osiągnąć. Bo idę po swoje.
Dziękuję za rozmowę









