Według krążących informacji, tych „potwierdzonych”, „słyszanych”, „zasłyszanych” potencjalnym kandydatem PiS na wójta gminy Stare Juchy ma być Magdalena Lisowska-Kunda, kandydatka do Rady Powiatu Ełckiego z list PiS w ostatnich wyborach samorządowych. Informacja obiega szybciej niż oficjalne komunikaty PKW.
Jest tylko jeden drobny problem. Sama nominowana… nic o tym nie wie. Co więcej, jest tym wyraźnie rozbawiona. I, jak się okazuje, pierwszy raz słyszy o swojej rzekomej kandydaturze.
I tu zaczyna się właściwa lekcja marketingu politycznego. Bo wygląda to klasycznie, ktoś puścił plotę. Nie wiadomo po co, nie wiadomo po czyjej stronie i, co najciekawsze, zdecydowanie za wcześnie.
Referendum jeszcze się nie odbyło. Obecna wójt może je przegrać, ale równie dobrze może je wygrać. Komitet referendalny może triumfować albo zaliczyć polityczną glebę. Tymczasem już dziś ktoś ustawia pionki na szachownicy, której plansza jeszcze nawet nie została rozłożona.
W marketingu nazywa się to balonem próbnym. W polityce lokalnej politycznym szczurem. Wypuszcza się go do mediów, patrzy czy przeżyje, czy ktoś go podepcze, czy wzbudzi emocje. Jeśli nie, zawsze można udawać, że się go nigdy nie znało.
Problem w tym, że w przypadku partii takich jak PiS kandydowanie to nie jest spontaniczny pomysł z Messenger’a. To nie jest wydarzenie typu „ktoś rzucił hasło na kawie”. Żeby startować oficjalnie z tej partii, trzeba mieć zielone światło z Nowogrodzkiej. Pieczątkę. A nie tylko krążące informacje.
No, chyba że mówimy o innym wariancie marketingowym. Kandydatka bez kandydata, poparcie bez poparcia, decyzja bez decyzji. Tak też się zdarza, zwłaszcza wtedy, gdy ktoś chce sprawdzić reakcje elektoratu, wywołać ferment albo po prostu wprowadzić chaos informacyjny.
PiS nie bawi się w testowanie kandydatów przez plotki i przecieki. Tam nazwiska wychodzą dopiero po decyzji, nie przed. Ten news nie ma żadnych cech partyjnego ruchu- zero podpisu, zero dyscypliny, pełen chaos. A chaos to broń opozycji. Też jest narzędziem.
To wygląda na sondaż robiony plotką. Opozycja albo środowiska okołoreferendalne wrzuciły nazwisko związane z PiS, żeby sprawdzić, czy elektorat drgnie, czy się zagotuje, czy w ogóle zareaguje. Bo w kampanii padnie pytanie: kogo macie w zamian? A odpowiedzi na dziś brak.
Jest też wersja brudniejsza. Czyjaś samowolka z okolic PiS. Ktoś, komu śni się władza, wypuścił nazwisko, żeby odstrzelić potencjalną konkurencję, zanim ta zdąży się pojawić. Więc będzie brutalnie: to nie jest kandydatura. To jest polityczny test na żywym organizmie.
Na razie jednak cała historia wygląda bardziej jak nieudany test w kampanii, która jeszcze się nie zaczęła, niż jak realny scenariusz polityczny. Szczur wybiegł z kanału, zanim kuchnia polityczna zdążyła włączyć piekarnik.
Ale w marketingu, także tym politycznym, obowiązuje jedna zasada. Jeśli kandydat dowiaduje się o swoim starcie z mediów, to znaczy, że ktoś prowadzi kampanię… ale niekoniecznie w jego interesie. Analiza jest prosta i bezlitosna, to nie jest próba wystawienia kandydata. To jest próba zmierzenia PiS-u w gminie cudzym kosztem. A w tej grze kandydat, nawet nieświadomy, staje się tylko narzędziem.
Referendum jeszcze przed nami. Jest za to plotka. A plotka, jak wiadomo to najtańsza forma reklamy. I najczęściej najmniej skuteczna.
Zdjęcie za zgodą pani Magdaleny.







