Radni boją się głosować i szukają każdej wymówki

Kiedy w grę wchodzą mandaty radnych, nagle okazuje się, że ręka rękę myje. Radni stają się solidarni – i to nie z mieszkańcami, ale sami ze sobą. Choć przepisy są jasne i nakładają na nich obowiązek wygaszania mandatów w określonych sytuacjach, praktyka pokazuje, że wola polityczna bywa zupełnie inna.

Decyzje o wygaszeniu mandatów to jedne z najtrudniejszych i najbardziej niewygodnych głosowań w samorządach. Dlaczego? Bo trzeba osądzić „swojego”. Zadziałać wbrew koleżeńskim układom, a czasem także politycznym interesom. I choć prawo nie zostawia tu wiele miejsca na interpretację, wielu radnych woli przymykać oczy – nawet za cenę ryzyka naruszenia przepisów.

Dla mieszkańców sprawa jest prosta: radny złamał prawo, stracił mandat. Dla radnych – już niekoniecznie. Tu zaczynają się kalkulacje, uniki i kombinacje. Wygaszanie mandatów staje się polityczną grą, w której nie liczy się przejrzystość, lecz lojalność wobec „swoich ludzi”.

Efekt? Obywatele widzą, że ci, którzy powinni stać na straży prawa i procedur, sami potrafią je naginać. Że samorząd bywa bardziej klubem towarzyskim niż instytucją reprezentującą mieszkańców.

A przecież odpowiedzialność spoczywa właśnie na radnych. To oni – nie wojewoda, nie sądy – w pierwszej kolejności muszą podjąć decyzję. To oni składają przysięgę, że będą działać zgodnie z prawem i w interesie mieszkańców. Tyle że, jak pokazuje praktyka, gdy na szali leży mandat kolegi z ławki, pamięć o tej przysiędze bywa wyjątkowo krótka.

Bo radnym nie zostaje się po to, stawiać ławki czy latarnie. Radnym zostaje się po to, by pilnować prawa. Jeśli ktoś chce być radnym, bierze mandat nie tylko z uśmiechami i brawami, ale z całym ekwipunkiem prawa – od początku do końca kadencji. A że wielu radnym brakuje wiedzy, co im wolno, a czego nie – to już inna sprawa. Ale skoro decydują się startować, to nie mogą wybierać prawa na własnych zasadach. Biorą mandat z całym ekwipunkiem – bez prawa selekcji, co im się podoba, a co nie.