Samorządowcy chcą zniesienia limitu zastępców. Dwóch to za mało

Do opiniowania trafił projekt ustawy o „likwidacji barier w funkcjonowaniu jednostek samorządu terytorialnego”. Brzmi niewinnie? Nie dajcie się zwieść. W praktyce jest to samorządowa lista życzeń opatrzona pieczęcią państwową, w której mieszkańcy i kontrola społeczna są co najwyżej tłem.

Najbardziej kuriozalny punkt propozycji? Zniesienie limitu liczby zastępców wójta, burmistrza i prezydenta miasta. Obecnie liczba zastępców była uzależniona od liczby mieszkańców, według danych GUS – proste, przejrzyste i łatwe do wytłumaczenia obywatelom. W projekcie ustawy ten mechanizm ma zniknąć, a możliwość tworzenia kolejnych „strategicznych” stanowisk stanie się nieograniczona. Trzeci, czwarty, piąty… ilu jeszcze potrzebuje wójt, żeby czuć się w pełni władczo?

Projekt uzasadnia się rzekomymi problemami z danymi GUS i twierdzeniem, że liczba mieszkańców „nie oddaje skali potrzeb”. Brzmi fachowo, prawda? Tylko że w praktyce oznacza jedno: zaufajmy władzy wykonawczej, a reszta niech się nie wtrąca. Transparentność, kontrola kosztów, proporcjonalność? Zapomnijcie. Jest pełna dowolność, opakowana w modne słowo „autonomia”.

Ełk, miasto liczące około 60 tysięcy mieszkańców, może dziś mieć maksymalnie dwóch zastępców prezydenta. Prosto, klarownie i logicznie. W projekcie ustawy nie ma żadnej gwarancji, że po zmianach nie pojawi się trzeci, czwarty, piąty zastępca „od projektów”, „od relacji” czy „strategiczny do spraw strategicznych”. Każdy z własną pensją, biurem i doradcą, a płaci za to mieszkaniec.

Kto na tym zyskuje? Na pewno nie mieszkańcy. Zyskują samorządowcy, którzy chcą powiększyć swoje zaplecze, rozdawać stanowiska i kumulować władzę w jednym gabinecie. To nie jest reforma samorządu ani poprawa efektywności. To tworzenie politycznych stanowisk pod przykrywką „elastyczności”.

Zniesienie limitu zastępców w propozycji projektu ustawy jest przykładem klasycznej samorządowej wolnej amerykanki: formalnie dla „usprawnienia funkcjonowania gminy”, praktycznie dla wygody włodarzy. Argumenty o zaniżonej liczbie mieszkańców i potrzebie strategicznych kadr są wygodne, ale fałszywe. Można było opracować algorytm, progi, widełki, wskaźniki, ale po co, skoro limit przeszkadzał?

Tam, gdzie znika reguła, zawsze pojawia się nadużycie. I tak oto zamiast decentralizacji władzy, dostajemy jej koncentrację w jednym gabinecie, a mieszkańcy zostają z niczym. Autonomia samorządu? Raczej komfort i wolna ręka dla tych, którzy już mają władzę i chcą ją powiększać, zamiast służyć społeczności.