Triumf mierności. Dlaczego włodarze budują swoje armie z popularnych potakiwaczy?

Wyobraźmy sobie, że nadchodzą wybory samorządowe, a miasto znów tonie w plakatach. Z uśmiechem patrzą na nas lokalny trener piłki nożnej, uwielbiany ordynator ze szpitala, dyrektorka popularnego liceum, śpiewaczka i strażak ochotnik. Wspaniali ludzie. I prawdopodobnie fatalni radni. Dlaczego prezydenci i wójtowie celowo faszerują swoje komitety ludźmi, którzy nie odróżniają Wieloletniej Prognozy Finansowej od paragonu z Biedronki? Odpowiedź jest brutalna: w lokalnej polityce kompetencje to dla władzy problem, a popularność to najtwardsza waluta.

Żyjemy w micie, że rada miasta czy gminy to zgromadzenie lokalnych mędrców. Ekspertów od urbanistyki, finansów i prawa, którzy patrzą władzy wykonawczej na ręce. Prawda jest jednak taka, że dla urzędującego prezydenta czy wójta niezależna i merytoryczna rada to najgorszy z możliwych koszmarów. Dlatego architekci kampanii wyborczych stosują żelazną, cyniczną strategię doboru kandydatów.

Dlaczego na listach królują sympatyczni ignoranci?

Polski system wyborczy w większych gminach (oparty na metodzie D’Hondta) promuje silne listy, a nie silne jednostki. Mandaty dzieli się na podstawie zsumowanych głosów całego komitetu. Z punktu widzenia prezydenta miasta, doktor ekonomii specjalizujący się w zamówieniach publicznych to kiepski kandydat – zdobędzie może 150 głosów od garstki lokalnych inteligentów. Z kolei pani Krysia, właścicielka najstarszej piekarni na osiedlu, albo trener lokalnego klubu judo, mają w notesach tysiące wdzięcznych klientów i rodziców.
Popularny kandydat działa jak odkurzacz na głosy (tzw. lokomotywa). Ciągnie wynik całej listy w górę, często wprowadzając do rady z tylnego siedzenia zaufanych „technokratów” prezydenta. A że pani Krysia nie ma pojęcia o planach zagospodarowania przestrzennego? Kogo to obchodzi. Ważne, że dowiozła 1500 krzyżyków.

Mierny, bierny, ale wierny (i wdzięczny)

Rada miasta ma z definicji kontrolować wójta lub prezydenta. Jeśli wprowadzisz do niej bystrych i kompetentnych ludzi, zaczną robić to, za co im płacą: czytać budżet, zadawać trudne pytania o opóźnione inwestycje, kwestionować dziwne przetargi i żądać wyjaśnień.

Lokalny celebryta tego nie zrobi. Zazwyczaj czuje się onieśmielony gąszczem urzędowych procedur. Jest wdzięczny prezydentowi za to, że umieścił go na liście, dał prestiż, dietę radnego i zaproszenia na przecinanie wstęg. Taki radny jest idealną maszynką do głosowania. W zamian za nowy chodnik na jego ulicy albo dotację dla jego klubu sportowego podniesie rękę za każdym, nawet najbardziej kontrowersyjnym kredytem, o który poprosi skarbnik miasta.

To też strach przed wyhodowaniem żmii. Władza to gra o przetrwanie. Urzędujący prezydent miasta jest jak stary król, który nie chce, by ktokolwiek dybał na jego tron. Jeśli zaprosi do swojego komitetu młodego, charyzmatycznego prawnika czy skutecznego menedżera, to w naturalny sposób hoduje sobie rywala na kolejne wybory.
Kompetentny radny po jednej kadencji zyska rozpoznawalność, zbuduje własne zaplecze i za pięć lat powie: „Teraz ja”. Popularny nauczyciel W-F-u czy lokalny muzyk nigdy nie rzuci prezydentowi wyzwania w walce o najwyższy fotel. Brak merytorycznych „kłów” sprawia, że są politycznie bezpieczni. Nie mają ambicji, by rządzić; chcą jedynie trwać w cieple samorządowego ogniska.

Większość włodarzy ma swoje małe, nieformalne rządy: zaufanych zastępców, skarbników, sekretarzy miast i prezesów miejskich spółek. To oni w zaciszu gabinetów decydują o tym, komu sprzedać miejską działkę i jak ustawić strategiczne inwestycje. Rada miasta z przewagą lokalnych „celebrytów” to idealny parawan dla tych działań. Gwarantuje święty spokój. Gdy na sesji omawiane są miliardowe budżety, radni dyskutują o wycięciu trzech drzew na krzyż albo o ławkach w parku, bo tylko to rozumieją.

Wina leży (też) po naszej stronie.Ostatecznie ten cyniczny mechanizm działa tylko z jednego powodu: bo na niego pozwalamy. Jako wyborcy rzadko czytamy programy. Często nie mamy pojęcia o kompetencjach samorządu. Głosujemy sercem i sympatią, wybierając znajome twarze ze szkolnych korytarzy czy gabinetów lekarskich, zamiast nudnych profesjonalistów.
Prezydenci miast to po prostu wytrawni gracze. Dali nam dokładnie to, co chcieliśmy kupić – ładne, uśmiechnięte opakowanie. A to, że w środku brakuje politycznej i merytorycznej treści? Cóż, budżet miasta przecież i tak uchwali się sam.