Na dzisiejszym zebraniu Zgromadzenia Związku Międzygminnego Eko-Mazur znów pachniało… nie reformą, nie nowymi pomysłami, tylko podwyżkami i arogancją wobec mieszkańców. Prezes Bartosz Detkiewicz ogłosił, że Eko-Mazury planują podniesienie cen na bramie aż o 34 procent. Jakby tego było mało, Rada Nadzorcza – zamiast hamować zapędy zarządu – z uśmiechem przyklepała równie gigantyczny skok o 30 procent. Czyli tak czy inaczej: mieszkańcy zapłacą więcej, bo przecież najłatwiej sięgnąć do cudzej kieszeni.
Nowy przetarg na odbiór śmieci dopiero w 2026 roku, ale już dziś wiadomo, że jeśli od stycznia wejdzie 30-procentowa podwyżka, miasto będzie musiało dopłacić do systemu 5–6 milionów złotych. Ostateczna decyzja należy do prezydenta, ale tak naprawdę to Detkiewicz stawia wszystkich pod ścianą: albo nowe opłaty dla mieszkańców, albo budżet miasta idzie w rozsypkę.
I coraz trudniej nie odnieść wrażenia, że Eko-Mazury pod wodzą Detkiewicza to nie instytucja od śmieci, tylko maszynka do produkcji podwyżek. „Eko” w nazwie dawno straciło znaczenie – dziś to raczej skrót od „Ekstra Koszty”. A prezes, zamiast rozwiązywać problemy, dorzuca ludziom do rachunku kolejne procenty i udaje, że to jedyne wyjście.
Komentarz iście nie po dziennikarsku
W ten sposób Eko-Mazury zaczynają słynąć nie z gospodarki odpadami, ale z tego, że robią z mieszkańców „frajerów”. Prezes Detkiewicz może jeszcze długo opowiadać bajki o „realnych kosztach”, ale fakty są proste: nie potrafi zarządzać, więc zarządza portfelami zwykłych ludzi.
Pójdę Boso, Renata Szymaszko







