Wirtualny rozbiór gminy Ełk. Anatomia pasożytnictwa

Polska administracja samorządowa od ćwierćwiecza toleruje patologię, o której wszyscy wiedzą, ale mało kto ma odwagę mówić głośno: gminy obwarzankowe. Ełk jest tego podręcznikowym, wręcz klinicznym przykładem. Mamy tu miasto dławiące się w gorsecie sztucznych granic i wiejską gminę, która żeruje na jego infrastrukturze, budując swoje bogactwo na drenażu miejskiego budżetu. Utrzymywanie tej administracyjnej schizofrenii to zbrodnia na rozwoju regionu. Wiejska gmina Ełk nie potrzebuje reformy. Ona potrzebuje całkowitej likwidacji i logicznego podziału.

Zacznijmy od faktów, które lokalni politycy woleliby przemilczeć. Podział na Miasto Ełk i otaczającą go wiejską Gminę Ełk to relikt lat 90. To sztuczny twór, który nie ma dziś żadnego uzasadnienia geograficznego, społecznego ani ekonomicznego. Zamiast jednego, prężnego organizmu zarządzającego subregionem, mamy dwa urzędy, dwie rady, dwie armie urzędników i dwa kompletnie niespójne ze sobą plany przestrzenne. To nie jest samorządność. To terytorialny feudalizm opłacany z naszych podatków.

Jazda na gapę i podatek od hipokryzji

Zajrzyjmy za kulisy tego, jak działa ełcki obwarzanek. Mieszkaniec podmiejskich Chruściel, Szelig, Siedlisk czy Nowej Wsi Ełckiej to w 90 procentach Ełczanin. Rano wsiada w samochód (często po drodze, którą zbudowało i łata miasto), zawozi dzieci do miejskiej szkoły (do której gmina wiejska dopłaca ułamek realnych kosztów, o które nawet miasto musiało się sądzić), jedzie do pracy w ełckiej strefie, a wieczorem idzie do ełckiego kina, parku czy na basen.

Gdzie jednak płaci podatki? PIT tego mieszkańca zasila konto Gminy Wiejskiej Ełk.

To systemowe pasożytnictwo. Gmina wiejska spija śmietankę z rozwoju miasta, kasując miliony złotych z podatków od osób fizycznych i nieruchomości, nie ponosząc przy tym gigantycznych kosztów utrzymania miejskiej infrastruktury – dróg, kultury i edukacji. Miasto z kolei ubożeje, bo jego granice są zablokowane, a najbardziej zamożni i mobilni mieszkańcy uciekają za miedzę. Ten drenaż kapitału to powolne duszenie się Ełku.

Patodeweloperka na stykach

Kolejnym dramatem jest chaos przestrzenny. Ełk dwoi się i troi, by w miarę rozsądnie planować rozwój. Co robi w tym czasie gmina wiejska? Na polach tuż za tablicą z przekreślonym napisem „Ełk” wyrastać jak grzyby po deszczu będą chaotyczne blokowiska. Bez dróg dojazdowych, bez chodników, bez spójnej koncepcji urbanistycznej.

Gmina wiejska ochoczo wydaje pozwolenia i inkasuje zyski, wychodząc z cynicznego, ale prawdziwego założenia: „Kiedyś ci ludzie i tak wymuszą na mieście, żeby np. podłączyło wodociągi”. To urbanistyczna wolna amerykanka, za którą ostatecznie zapłaci ełcki podatnik.

Chirurgia administracyjna: Rozbiór, który uratuje region

Leczenie tej patologii półśrodkami nie ma sensu. Gminę Wiejską Ełk należy rozwiązać, a jej terytorium poddać racjonalnemu rozbiorowi opartemu na rzeczywistych ciągach komunikacyjnych i funkcjach gospodarczych. Wewnętrzny, zurbanizowany pierścień obwarzanka musi zostać wcielony przez miasto Ełk (Nowa Wieś Ełcka, Szeligi, Mrozy, Chruściele czy Siedliska). Z kolei peryferia powinny zasilić sąsiadów: turystyczne Stare Juchy na północnym zachodzie, rolnicze Kalinowo na wschodzie i tranzytowe Prostki na południu.

Premia za odwagę. Co zyskają sąsiedzi?

Sceptycy zapytają od razu: a niby dlaczego ościenne samorządy miałyby się zgodzić na przejęcie tych terenów? Odpowiedź jest prosta, bo to dla nich historyczna szansa i potężny zastrzyk twardej gotówki. Przejęcie zewnętrznych pierścieni ełckiego obwarzanka to nie jest zsyłka, to polityczna i finansowa waga ciężka.

Po pierwsze, Stare Juchy, Kalinowo i Prostki zyskują gotowe, zorganizowane społeczności, wchłaniają nowe, prężne sołectwa. Większa liczba mieszkańców to automatycznie wyższe subwencje oświatowe i wyrównawcze z budżetu państwa. Kalinowo skokowo powiększy wpływy z podatku rolnego i leśnego. Stare Juchy, przejmując tereny pojezierskie, radykalnie poszerzą bazę do pobierania podatków od nieruchomości rekreacyjnych.

Po drugie, i może najważniejsze, w dzisiejszych realiach i nowej unijnej perspektywie finansowej liczy się efekt skali. Małe, słabe ludnościowo gminy często odpadają w przedbiegach przy wielkich projektach infrastrukturalnych. Powiększone terytorialnie i demograficznie samorządy stają się znacznie poważniejszym graczem w wyścigu o środki unijne z programów regionalnych.  Większa gmina to większy budżet, a więc większe możliwości wkładu własnego i wyższa punktacja za „zasięg oddziaływania” projektów. To transakcja win-win, w której sąsiedzi awansują do pierwszej ligi mazurskich samorządów.

Koniec z bronieniem stołków

Przeciwnicy takich zmian zawsze używają tych samych, zgranych argumentów. Będą straszyć mieszkańców przedmieść „wyższymi podatkami”, „utratą tożsamości”, czy „centralizacją”. W rzeczywistości chodzi o jedno: o obronę kilkudziesięciu urzędniczych etatów, diet radnych i posady wójta.

Zielona Góra, zamykając swój obwarzanek, udowodniła, że połączenie uwalnia ogromne środki inwestycyjne. Rzeszów urósł w siłę tylko dlatego, że konsekwentnie wchłaniał otaczające go wsie. Ełk nie może być dłużej zakładnikiem lokalnych, politycznych księstewek.

Czas na odważne decyzje na szczeblu rządowym i wojewódzkim. Czas zlikwidować sztuczne podziały i stworzyć na wschodzie Mazur silny, zintegrowany ośrodek, który będzie motorem napędowym całego województwa, a nie areną walk o to, kto komu ukradnie więcej z PIT-u.

Komentarz autora:

Powyższy tekst prezentuje moje osobiste stanowisko i jest głęboko przemyślanym głosem w debacie o przyszłości naszego regionu. Mam pełną świadomość, że propozycja całkowitej likwidacji i „rozbioru” Gminy Wiejskiej Ełk wywoła potężne spory, a u niektórych wręcz furię. Lokalni politycy podniosą raban, popłyną oskarżenia o zamach na demokrację i odbieranie ludziom głosu, a obrońcy urzędniczego status quo wytoczą najcięższe działa. Burza jest w tej sprawie absolutnie nieunikniona.

Warto jednak wyjść poza nasze lokalne, ełckie podwórko i spojrzeć na szerszy kontekst. To, o czym piszę, nie jest oderwanym od rzeczywistości wymysłem. W kuluarach ministerstw, wśród ekspertów od administracji, a coraz częściej także w oficjalnych komunikatach państwa polskiego głośno mówi się o konieczności łączenia i likwidacji sztucznie utrzymywanych lub niewydolnych finansowo gmin. Zmusza nas do tego bezlitosna demografia, drastycznie rosnące koszty usług publicznych i kurczące się fundusze unijne. Terytorialna fragmentacja staje się dla Polski kulą u nogi. Ełk i tak nie ucieknie przed tą dyskusją. Pytanie tylko, czy przeprowadzimy tę operację z głową i na własnych, racjonalnych warunkach, czy poczekamy, aż za kilka lat Warszawa narzuci nam zmiany odgórną ustawą.