Wisowatego pociąg do koryta, czyli wyjazdowy cyrk na Piłsudskiego

Miał być błysk fleszy, ostre debaty i strategiczne decyzje o przyszłości regionu. Kiedy czytało się agendę wyjazdowego posiedzenia sejmowej Komisji Infrastruktury w ełckim magistracie, można było odnieść wrażenie, że to tu i teraz będą ważyć się losy wschodniej Polski. S16, Rail Baltica, drogi ewakuacyjne, bezpieczeństwo narodowe. Brzmi dumnie, prawda? Szkoda tylko, że z tego wielkiego balu wyszła tania, prowincjonalna potańcówka w zamkniętym gronie.

Na papierze komisja liczy 41 posłów. Wiecie, ilu z nich pofatygowało się do Ełku? Sześciu. Słownie: sześciu. 15 procent składu. Gdyby przeciętny Kowalski miał taką frekwencję w robocie, wyleciałby na bruk z dyscyplinarką, zanim zdążyłby zaparzyć poranną kawę. Ale na Wiejskiej obowiązują inne standardy. Sześciu wspaniałych wystarczyło, by odegrać ten kiepsko wyreżyserowany spektakl.

Drzwi zamknięte, wejście tylko dla znajomych królika

Najbardziej bezczelny w tym wszystkim nie jest nawet brak frekwencji, ale to, z kogo zrobiono idiotów. A zrobiono z nas wszystkich. Gospodarze zorganizowali posiedzenie w sprawie kluczowych, lokalnych inwestycji, ale jakoś „zapomnieli” zaprosić tych, którzy to miasto i powiat reprezentują. Zabrakło zaproszeń dla radnych miejskich, gminnych i powiatowych. Zamiast nich w sali posadzono starannie wyselekcjonowanych, „niepolitycznych” przedsiębiorców. Mieli robić za paprotki i uwiarygadniać to smutne widowisko.

Media? Dziennikarze dowiedzieli się o komisji z poczty pantoflowej. Oficjalnie nikt z organizatorów nie zająknął się słowem, że to za zamkniętymi drzwiami miała trwać dyskusja. Ci nieliczni radni i reporterzy, którzy w ogóle pojawili się na sali, dostali się tam tylko dlatego, że sami wydeptali sobie ścieżki.

Dla prasy przewidziano inną rolę. Zostaliśmy łaskawie zaproszeni na konferencję prasową „po wszystkim”. Mieliśmy przyjść, podstawić mikrofony, grzecznie posłuchać PR-owego pitu-pitu i bez mrugnięcia okiem puścić w eter to, co panowie ustalili sobie w zaciszu.

Stare kotlety

Ktoś zapyta: no dobrze, ale może chociaż za tymi zamkniętymi drzwiami padły jakieś konkrety? Gdzie tam. Panowie przez kilka godzin ze śmiertelną powagą odgrzewali stare kotlety. Dowiedzieliśmy się tego samego, co możemy przeczytać w Internecie od miesięcy. Nie wypracowano nic nowego. Jedyną wartością tego było to, że głos, przede wszystkim Ełku, mógł usłyszeć sam wiceminister. 

O co w tym wszystkim chodziło? O PSL i marzenia o Sejmie

Skoro nie o infrastrukturę i nie o Ełk, to o co? Odpowiedź ma imię i nazwisko: Bogusław Wisowaty. Cała ta infrastrukturalna farsa, ten spęd dygnitarzy i próba „zamykania drzwi”, to nic innego jak przedwczesna inauguracja kampanii wyborczej. Panu Bogusławowi marzy się fotel posła z ramienia PSL, a dzisiejsza komisja była darmowym, politycznym billboardem.

To dlatego na sali trwał festiwal żenujących uprzejmości. Słuchaliśmy jak jeden polityczny „przyjaciel” dziękował drugiemu „przyjacielowi”.

Oglądając to, można było dojść do jednego wniosku: przysłowie mówi, że w polityce nie ma przyjaciół. To prawda. Są tylko miliony, wspólne interesy i kampanijne układy. I to dziś było wyraźnie widać.