W teorii władzę wybiera suweren. W praktyce – sieć powiązań. My jesteśmy tylko tłem, statystami z kartą do głosowania, którzy raz na kilka lat odgrywają swoją rolę, by zaraz potem wrócić do bezpiecznego narzekania przy kawie. Bo choć w oczy kłują nas nepotyzm i amatorszczyzna, to… jakoś się w tej bylejakości urządziliśmy. Jest ciasno, ale swojsko.
Wiemy, że kogoś trzeba „pogonić”. Naprawdę to wiemy. Odmieniamy „zmianę” przez wszystkie przypadki w komentarzach i na imieninach u cioci. Ale gdy przychodzi moment decyzji, włącza się wewnętrzny hamulec: „nie teraz”, „nie ma na kogo”, „i tak nic się nie zmieni”. Układ nie musi walczyć. On po prostu czeka, aż nasza odwaga wyparuje.
Bo układ to nie tylko twarze z billboardów. To gęsta, lepka pajęczyna rozciągnięta między gabinetem prezydenta, biurkiem w spółce miejskiej, a „zaprzyjaźnionym” przedsiębiorcą, który oficjalnie gardzi polityką, a nieoficjalnie dokładnie wie, pod który adres wysłać fakturę i kiedy odwrócić wzrok.
Są też ci, którzy karmią się z samorządowego koryta. Etat w urzędzie, zlecenie w domu kultury, ciepła posadka w wodociągach. A za nimi stoi cała armia „strażników stabilizacji”: matki, mężowie, kuzyni. Wszyscy czujni. Wszyscy pilnują, żeby Basi czy Markowi włos z głowy nie spadł. Bo naruszenie fundamentów władzy to trzęsienie ziemi w ich domowych budżetach. A jak ruszysz układ, to komuś skończą się wczasy pod gruszą.
Stabilność jest jak narkotyk lokalny. W urzędach nie płacą kokosów – to fakt. Ale jest „ciepła woda w kranie”. Jest opłacony ZUS, jest trzynastka, jest prestiż pieczątki. W lokalnych realiach to waluta silniejsza niż jakiekolwiek ideały. Stabilność wygrywa z odwagą przez nokaut. W każdej rundzie.
Więc trwamy w tym sennym letargu. Krytykujemy system półgębkiem, dbając o to, by system nas nie zauważył. Chcemy rewolucji, ale bez ofiar. Marzymy o nowej jakości, pod warunkiem że nie dotknie ona nogi od naszego krzesła.
Układ nie musi wytaczać armat, by się bronić. My robimy to za niego: z lenistwa, z wygody, z lęku przed nieznanym. Bo układ jest silny naszym konformizmem. Jesteśmy mistrzami świata w deklarowaniu, że „tak dalej być nie może” i absolutnymi profesjonalistami w udowadnianiu, że jednak może.







