Zmiana granic albo miasto seniorów

Spójrzmy na nasze miasto bez pudru urzędowych statystyk i PR-owych haseł o „dynamicznym rozwoju”. Kiedy opada kurz kampanii wyborczych, zostajemy z twardą, analityczną prawdą, której z jakiegoś powodu wciąż boimy się głośno wypowiedzieć. Ełk dusi się we własnych granicach, a jego społeczeństwo nieubłaganie siwieje. Jesteśmy w punkcie zwrotnym. Próba zadowolenia wszystkich skończy się tym, że nie zadowolimy nikogo, a miejski budżet tego szpagatu po prostu nie wytrzyma.

 Ełk ma przed sobą tylko dwie drogi. Jeśli chcemy, by Ełk wciąż aspirował do miana miasta młodych, miasta, do którego po studiach w Warszawie czy Trójmieście opłaca się wracać, musimy mieć im coś do zaoferowania. A do tego potrzebujemy dwóch rzeczy — dobrze płatnych miejsc pracy i terenów pod nowe, racjonalnie wycenione osiedla. Problem w tym, że fizycznie nie mamy na to miejsca.

Ełk jest zamkniętą enklawą, otoczoną przez ościenną gminę. Bez trudnej, konfliktowej, ale absolutnie koniecznej decyzji o poszerzeniu granic administracyjnych, nie zbudujemy tu nowych stref ekonomicznych z prawdziwego zdarzenia. Inwestorzy nie postawią zakładów w próżni. Jeśli lokalna klasa polityczna nie ma odwagi, by stoczyć bój o nowe tereny, musimy przestać karmić się iluzją i zaakceptować plan B.

A plan B oznacza, że z pełną premedytacją stajemy się miastem dla seniorów.

Paradoks polega na tym, że świadomie czy nie, Ełk już się do tej starości całkiem nieźle ustroił. Kiedy spojrzymy na tkankę miejską, zobaczymy, że pod względem przestrzennym zrobiliśmy gigantyczny krok w stronę „srebrnej gospodarki”.

Mamy piękną, płaską promenadę, idealną do spacerów i nordic walkingu. Zrewitalizowane parki, coraz więcej obniżonych krawężników, tężnie (w budowie), ławeczki i skwery. Przestrzeń publiczna w Ełku jest już w dużej mierze przyjazna, spokojna i dostosowana do potrzeb osób starszych. To doskonały punkt wyjścia, by przyciągnąć tu zamożnych emerytów, szukających na Mazurach azylu na jesień życia.

Przestrzeń to jednak tylko ładne opakowanie. Jeśli Ełk ma być nowoczesnym, bezpiecznym miastem senioralnym na wzór zachodni, ładne widoki na jezioro nie wystarczą.

Senior nie wybiera miejsca do życia wyłącznie na podstawie liczby kawiarni przy deptaku. Wybiera je na podstawie poczucia bezpieczeństwa. Jeżeli władze miasta zdecydują się (lub zostaną zmuszone przez demografię) pójść w kierunku miasta dla osób starszych, musimy całkowicie przemodelować system opieki.

To oznacza konieczność zbudowania w Ełku opieki zdrowotnej na niespotykanym dotąd, wysoce specjalistycznym poziomie. Nie mówimy tu tylko o oddziałach geriatrycznych w szpitalu. Prawdziwa rewolucja musi się zadziać na poziomie osiedli. Potrzebujemy gęstej, doskonale opłacanej sieci pielęgniarek środowiskowych i opiekunów medycznych, którzy będą w stanie świadczyć usługi bezpośrednio w domach. Miejsc, które odciążą rodziny, a seniorom zapewniają aktywność neurobiologiczną i społeczną na najwyższym poziomie.

Decyzja o profilu miasta pociąga za sobą twarde konsekwencje dla miejskiej kasy. Jeśli odpuszczamy walkę o granice, młodych i inwestorów, musimy zadać sobie pytanie. Kto utrzyma miejską infrastrukturę?

Przy stałych, często sztywnych dochodach emerytalnych mieszkańców, kluczowa staje się polityka miejskich spółek. Nie da się budować przyjaznego miasta dla seniorów, jeśli rachunki za ogrzewanie z PEC Ełk będą drenować ich portfele, a oferta MOSiR-u pozostanie w dużej mierze niedostosowana (zarówno cenowo, jak i programowo) do ich realiów. Polityka komunalna będzie musiała przejść ostrą optymalizację kosztów, by infrastruktura służyła mieszkańcom, a nie odwrotnie.

Ełk stoi na rozdrożu. Możemy walczyć o nowe tereny i duszę młodego, tętniącego życiem ośrodka. Możemy też odważnie przyznać, że stajemy się stolicą mazurskiej jesieni życia, ale wtedy musimy zbudować tu system opieki medycznej, jakiego w Polsce jeszcze nie było. Trwanie w „pośrodku”, bez żadnego konkretnego planu, to najdroższy błąd, za który zapłacimy my wszyscy.