Strona główna » Kultura » Zostawiać swój ślad w muzyce. Wywiad Legalnej Kultury – Marcin Wyrostek
Kultura

Zostawiać swój ślad w muzyce. Wywiad Legalnej Kultury – Marcin Wyrostek

fot. Mieszko Piętka/AKPA/Era Schaeffera 2018 
[…] Nie chcę być try­bi­kiem w machi­nie, chcę grać po swo­je­mu. To nie zna­czy, że to jest lep­sze, jest po pro­stu inne, moje, wyrost­ko­we”. Dla­te­go gra­jąc utwo­ry kla­sycz­ne, sta­wiam głów­nie na inter­pre­ta­cję i impro­wi­za­cję. Po co powta­rzać to, co zosta­ło już kie­dyś zro­bio­ne? O Festi­wa­lu Era Scha­ef­fe­ra, kon­cer­to­wa­niu, two­rze­niu, a tak­że o miło­ści, słod­kiej śliw­ko­wej zupie z faso­lą, nastro­ju Boże­go Naro­dze­nia w lecie i Har­mo­nii Świąt” — nowej kolę­do­wej pły­cie, z pol­skim akor­de­oni­stą Mar­ci­nem Wyrost­kiem roz­ma­wia Krzysz­tof Zwierzchlejski.

Spo­ty­ka­my się dzień przed Festi­wa­lem Era Scha­ef­fe­ra, w któ­rym bie­rzesz udział w spek­ta­klu The Eter­nal Carrousel”.
To już 11. Era Scha­ef­fe­ra, a 4 z moim udzia­łem. Nie­daw­no byli­śmy z pro­gra­mem Viva Scha­ef­fer” w Madry­cie, wcze­śniej gra­li­śmy w Pary­żu, Wro­cła­wiu i War­sza­wie, do któ­rej wra­ca­my. Weszli­śmy już w świat Bogu­sła­wa Scha­ef­fe­ra bar­dzo głę­bo­ko, ale za każ­dym razem jesz­cze bar­dziej się w nie­go wcią­gam. Na mojej ostat­niej pły­cie Polacc” zawar­li­śmy nawet dedy­ko­wa­ny Mistrzo­wi utwór Tan­go Scha­ef­fe­ra”. Spek­takl The Eter­nal Car­ro­usel” jest absur­dal­ny, ale tak bar­dzo, że para­dok­sal­nie sta­je się praw­dzi­wy. Gdy przy­glą­dam i przy­słu­chu­ję się kole­gom akto­rom i tan­ce­rzom gra­ją­cym w sztu­ce, odnaj­du­ję w niej to, jacy są dziś ludzie, jak odbie­ra­my świat, dźwięk i inne bodź­ce zewnętrz­ne. To jest spek­takl o nas tu i teraz, tak to inter­pre­tu­ję. Wiel­ka w tym zasłu­ga Macie­ja Sobo­ciń­skie­go, reży­se­ra spek­ta­klu, któ­ry od lat czu­wa nad kon­spek­ta­mi, sce­na­riu­sza­mi i dopi­na wyda­rze­nia Ery Scha­ef­fe­ra od A do Z.

Powiedz­my może kim był Bogu­sław Scha­ef­fer, bo choć to współ­cze­sny czło­wiek rene­san­su, to wciąż mało zna­na postać w Polsce.

Bogu­sław Scha­ef­fer napi­sał sze­reg dra­ma­tów i form muzycz­nych, w któ­rych zawar­te jest total­nie wszyst­ko. Poza tym był też muzy­ko­lo­giem, filo­zo­fem i auto­rem jed­ne­go z naj­waż­niej­szych pod­ręcz­ni­ków do nauki kom­po­zy­cji. Adap­tu­jąc pew­ne tema­ty i moty­wy na mój zespół Cora­zon prze­glą­da­li­śmy jego ory­gi­nal­ne par­ty­tu­ry i byłem pod wiel­kim wra­że­niem jak zmyśl­nie zapla­no­wa­ny jest tam każ­dy szcze­gół. Pasją Bogu­sła­wa Scha­ef­fe­ra były tram­wa­je. Gdy wyszedł z pre­mie­ry jed­ne­go ze swo­ich utwo­rów w Fil­har­mo­nii Kra­kow­skiej powie­dział, że bar­dzo mu się podo­ba­ło, ale przede wszyst­kim ujął go dźwięk tram­wa­ju, któ­ry docie­rał do nie­go zza ścian.

Wszyst­ko może być muzyką.

W naszym życiu też mamy dużo szu­mu, któ­re­go nie dostrzegamy.

Podob­no 90% naszych czyn­no­ści wyko­nu­je­my z automatu.

No wła­śnie, nie zasta­na­wia­my się nad tym szu­mem. U Scha­ef­fe­ra cho­dzi o to, żeby uką­sić czło­wie­ka absur­dem, zwró­cić uwa­gę na to, jak rze­czy­wi­ście jest w tej chwi­li. Do nasze­go wystę­pu dołą­cza­ją Andy Ninvall i Janusz Radek, wcho­dzi­my też w inte­rak­cje z akto­ra­mi. Roz­kła­da­my w nim muzy­kę na pod­sta­wo­we ele­men­ty: melo­dię, rytm, har­mo­nię, by w fina­le połą­czyć to w całość, wyko­rzy­stu­jąc wła­śnie Tan­go Scha­ef­fe­ra”. W spek­ta­klu prze­pla­ta się muzy­ka kon­wen­cjo­nal­na z bar­dzo sze­ro­kim scha­ef­fe­row­skim poję­ciem sztu­ki, któ­re pozwa­la na zasto­so­wa­nie wszyst­kie­go co znaj­dzie­my dooko­ła nas jako instru­men­tu muzycz­ne­go. Dla­te­go też np. po solo per­ku­sji Krzysz­to­fa Nowa­kow­skie­go z nasze­go zespo­łu włą­cza się Andy Ninvall, któ­ry jest bar­dzo kre­atyw­ny i wręcz interaktywny.

Jest nie­sa­mo­wi­tym rape­rem i beat­bo­xe­rem, widzia­łem go na kon­cer­tach Micha­ła Urbaniaka.

Mia­łem kie­dyś nie­zwy­kłe doświad­cze­nie gra­nia z Bobby’m McFer­ri­nem, z Andy’m mamy dokład­nie tego same­go typu wyczu­wa­nie się na sce­nie, a moim zda­niem to wła­śnie wyczu­cie jest naj­waż­niej­sze przy wystę­po­wa­niu w tak kame­ral­nym miej­scu, jakim jest sce­na. Może zabrzmi to filo­zo­ficz­nie, ale to jest też chy­ba naj­waż­niej­sze w życiu – żeby się wza­jem­nie słu­chać i współ­grać. Gra­nie z Andym, prze­by­wa­nie z nim, to wyjąt­ko­wa przy­go­da, jest nie­zwy­kle zakrę­co­ny, cią­gle wymy­śla rymy i nada­je bity. Wra­ca­jąc do spek­ta­klu, szko­da, że nie ma już z nami zało­ży­cie­la Fun­da­cji Przy­ja­ciół Sztuk Aurea Por­ta, Mar­ka Frąc­ko­wia­ka, lide­ra i pomy­sło­daw­cy całej Ery Scha­ef­fe­ra, któ­ry teraz z góry razem z Bogu­sła­wem Scha­ef­fe­rem mogą nad nami czuwać.

11. edy­cja festi­wa­lu mia­ła być cele­bra­cją 90. uro­dzin Bogu­sła­wa Scha­ef­fe­ra, nie­ste­ty zmarł krót­ko po nich. Wybit­ny muzyk, kom­po­zy­tor, dra­ma­turg, filo­zof, muzy­ko­log, kry­tyk lite­rac­ki, teoretyk…

Nie­sa­mo­wi­ta postać, któ­ra prze­ła­my­wa­ła schematy.

Mówił, że w sztu­ce nie wol­no nicze­go powta­rzać za inny­mi”. Myślę, że pasu­je to też do Ciebie.

Abso­lut­nie zga­dzam się z tym stwier­dze­niem. Od wie­lu lat mam swo­ją filo­zo­fię czy też teo­rię tego, kim jestem i co chcę robić jako akor­de­oni­sta, poja­wi­ła się ona jesz­cze przed spo­tka­niem z Erą Scha­ef­fe­ra. Wiem, że nie będę mieć satys­fak­cji z gra­nia tego, co zro­bi­ło przede mną już 1000 lep­szych i gor­szych akor­de­oni­stów, dla­te­go zawsze cał­ko­wi­cie rein­ter­pre­tu­ję utwo­ry albo piszę wła­sną muzy­kę. Nie chcę być try­bi­kiem w machi­nie, chcę grać po swo­je­mu. To nie zna­czy, że to jest lep­sze, jest po pro­stu inne, moje, wyrost­ko­we”. Dla­te­go gra­jąc utwo­ry kla­sycz­ne sta­wiam głów­nie na inter­pre­ta­cję i impro­wi­za­cję. Po co powta­rzać to, co zosta­ło już kie­dyś zrobione?

Słu­cha­łem Two­ich inter­pre­ta­cji jesz­cze na czę­sto­chow­skim kon­kur­sie akor­de­ono­wym Kon­fron­ta­cje” i zde­cy­do­wa­nie się wyróżniałeś.

Zawsze mia­łem potrze­bę gra­nia po swo­je­mu, oczy­wi­ście nie wzię­ło się to zni­kąd. Jako dziec­ko naśla­do­wa­łem Richar­da Gal­lia­no, od któ­re­go Heavy Tan­go” zaczą­łem swo­ją pierw­szą pły­tę Magia del Tan­go”. W jego twór­czo­ści uję­ło mnie to, że jest muzy­kiem impro­wi­zu­ją­cym, podob­nie miał Astor Piaz­zol­la. Każ­da moja pły­ta to w poło­wie muzy­ka zapi­sa­na, a w poło­wie wyim­pro­wi­zo­wa­na, dla­te­go mam pew­ność, że to się już nie powtó­rzy. Cie­szy mnie, że mogę w ten spo­sób zosta­wiać swój ślad w muzyce.

Impro­wi­za­cja jest zwią­za­na z muzy­ką od zawsze, oczy­wi­ste jest to w muzy­ce ludo­wej czy jaz­zo­wej, ale prze­cież nawet kla­sycz­ne utwo­ry wiel­kich mistrzów w dużej mie­rze pole­ga­ły na improwizacji.

Ależ oczy­wi­ście, bas­so con­ti­nuo, czy­li baro­ko­wa pod­po­ra gra­na przez kla­we­syn w utwo­rach Jana Seba­stia­na Bacha czy Anto­nio Vival­die­go, to nic inne­go jak impro­wi­za­cja opar­ta na har­mo­nii. Wie­le utwo­rów to czę­sto tyl­ko jed­na z wer­sji, zapis z tu i teraz. Fry­de­ryk Cho­pin czy Wol­fgang Ama­de­usz Mozart zapi­sa­li to, co przy­szło z weną twór­czą, ale w kolej­nych wyko­na­niach nie trzy­ma­li się już tych nut.

Z histo­rii muzy­ki zna­my też wie­le zapi­sów kaden­cji wir­tu­ozow­skich, czy­li impro­wi­zo­wa­nych soló­wek instru­men­tów koncertujących.

Dokład­nie. Za wła­sną inter­pre­ta­cję nikt nas nie wrzu­ci do lochu, wręcz prze­ciw­nie, może­my jesz­cze dodać coś faj­ne­go od sie­bie. Prze­czy­ta­łem kie­dyś cie­ka­we porów­na­nie muzy­ka do kel­ne­ra. Kom­po­zy­tor to kucharz, któ­ry przy­go­to­wu­je potra­wę, wyko­naw­ca to kel­ner, któ­ry ją poda­je, a kon­su­men­tem jest widz. Nie chciał­bym być kel­ne­rem, bo zosta­je wte­dy tyl­ko kon­takt kompozytor-odbiorca.

Być arty­stą, a nie tyl­ko rze­mieśl­ni­kiem. Uzbie­ra­ło się w związ­ku z Two­ją pra­cą kil­ka jubi­le­uszy — 10 lat temu wygra­łeś Mam Talent” i wyda­łeś pierw­szą pły­tę, w przy­szłym roku minie 15 lat od Two­je­go pierw­sze­go kon­cer­tu w USA i 20 lat od począt­ku pro­fe­sjo­nal­ne­go muzy­ko­wa­nia na Śląsku.

Wio­sną przy­szłe­go roku pla­nu­ję to uczcić 3 wyjąt­ko­wy­mi kon­cer­ta­mi galo­wy­mi: w Chi­ca­go, War­sza­wie i Kato­wi­cach. Chciał­bym pod­su­mo­wać w ten spo­sób dotych­cza­so­wy etap mojej muzycz­nej dro­gi. Mia­łem w życiu wie­le faj­nych przy­gód. Na stu­dia na Aka­de­mii Muzycz­nej w Kato­wi­cach wybra­łem się m.in. dzię­ki Pio­tro­wi Bia­zi­ko­wi, twór­cy wspo­mnia­nych Kon­fron­ta­cji”. Od razu na pierw­szym roku posze­dłem na kil­ka castin­gów, żeby zaro­bić na sie­bie – jestem Zosią-Samo­sią. Zresz­tą ima­łem się róż­nych prac, rów­nież fizycz­nych jak budo­wy czy zbie­ra­nie owoców.

Nie bałeś się o ręce?

Jakoś o tym wte­dy nie myśla­łem. Na szczę­ście nic się nie sta­ło, choć pra­co­wa­łem tak­że na piłach tar­czo­wych! Szyb­ko nawią­za­łem jed­nak współ­pra­cę z Insty­tu­cją Pro­mo­cji i Upo­wszech­nia­nia Muzy­ki Sile­sia, a wte­dy zaczę­ły się poważ­ne kon­cer­ty i życie na swo­im, choć miesz­ka­łem jesz­cze w aka­de­mi­ku. Gdy w 2005 roku robi­łem dyplom, wysła­łem swo­je zgło­sze­nie na mię­dzy­na­ro­do­wy festi­wal w Detro­it i musia­łem zna­leźć spon­so­rów tego wyjaz­du – w tam­tym cza­sie byłem też swo­im mana­ge­rem. Wyjazd do Sta­nów to była nie­sa­mo­wi­ta przy­go­da, pozna­łem wte­dy przez inter­net zna­ko­mi­te­go argen­tyń­skie­go kar­dio­chi­rur­ga Oma­ra Guevar­rę, dzię­ki któ­re­mu mia­łem gdzie się zatrzy­mać, była to też moja pierw­sza podróż samo­lo­tem. Ale wszyst­kie spra­wy orga­ni­za­cyj­ne tak mnie pochła­nia­ły, że pra­wie nie mia­łem cza­su ćwi­czyć. Osta­tecz­nie zają­łem 5 miej­sce i choć tro­chę żału­ję, że nie poćwi­czy­łem wię­cej, to ten wyjazd dał mi kon­fron­ta­cję z akor­de­oni­sta­mi z całe­go świa­ta. To nie­zwy­kła moż­li­wość wymia­ny doświad­czeń, pozna­nia nowe­go reper­tu­aru i spo­so­bu podej­ścia do instrumentu.

A potem przy­szedł Mam Talent” i nie­zwy­kła popu­lar­ność, i rozpoznawalność.

I pierw­sza pły­ta Magia del Tan­go”. W 2010 roku dosta­łem swo­ją pierw­szą pla­ty­no­wą pły­tę, abs­trak­cyj­ne doświad­cze­nie dla muzy­ka instru­men­ta­li­sty. Tuż po pre­mie­rze nakład się wyczer­pał, w okre­sie świą­tecz­nym nie dało się tej pły­ty kupić. Kie­dy byłem dziec­kiem i oglą­da­łem festi­wa­le w Opo­lu i Sopo­cie, wyobra­ża­łem sobie sie­bie na tam­tej sce­nie, wła­śnie jako akor­de­oni­stę. Nie­sa­mo­wi­te, że te dzie­cię­ce marze­nia się speł­ni­ły: gram w tele­wi­zji i z orkie­stra­mi sym­fo­nicz­ny­mi, na wiel­kich festi­wa­lach i w nie­zwy­kłych miej­scach, np. za 2 tygo­dnie leci­my do Kairu, w przy­szłym roku zagra­my w Chi­ca­go. To jest nie do wytłumaczenia.

Ja wytłu­ma­czył­bym to cięż­ką pra­cą i wiel­kim talen­tem. Nie­sa­mo­wi­te jed­nak, jak dużo uda­ło Ci się osią­gnąć w tak mło­dym wieku.

Już nie takim mło­dym, choć 40 jesz­cze przede mną. Andrzej Gra­bow­ski powie­dział kie­dyś, że mamy dwa życia. O tym, że mamy to dru­gie dowia­du­je­my się, gdy uświa­do­mi­my sobie, że mamy tyl­ko jed­no. Gdy­bym miał moż­li­wość wybo­ru inne­go życia, to wybrał­bym to samo. Pozna­łem wie­lu nie­sa­mo­wi­tych ludzi, nie tyl­ko muzy­ków, z tego eklek­tycz­ne­go zde­rze­nia róż­nych świa­tów powsta­ło wie­le wspa­nia­łych rze­czy. Każ­dy kon­cert, współ­pra­ca z nowym muzy­kiem, dyry­gen­tem czy orkie­strą to dla mnie nowa lekcja.

Sko­ro mamy czas pod­su­mo­wań, chcia­łem wró­cić do Two­ich począt­ków w Jele­niej Górze. Pamię­tasz swo­je pierw­sze spo­tka­nie z akordeonem?

Mój tata, gdy pierw­szy raz mnie zoba­czył, spoj­rzał na moje ręce i powie­dział do mamy: to będzie akor­de­oni­sta. Nie pamię­tam tego momen­tu, kie­dy pierw­szy raz zoba­czy­łem akor­de­on, ale pamię­tam, kie­dy pierw­szy raz na nim gra­łem, mia­łem chy­ba 5 lat. Ojciec poka­zał mi kil­ka guzi­ków, a ja cho­dzi­łem w kół­ko od kuch­ni do salo­nu i gra­łem zauroczony.

Nie było innej opcji niż akordeon.

Potem poja­wi­ła się jesz­cze pasja moto­ry­za­cyj­na, mia­łem 18-let­nie­go malu­cha i samo­dziel­nie napra­wia­łem go w gara­żu. Jak już mówi­łem, wszyst­ko lubię robić sam.

Sły­sza­łem, że w gara­żu rów­nież ćwiczyłeś?

Mia­łem dużo nagrań z Bia­ło­ru­si, ze wzglę­du na moje­go nauczy­cie­la akor­de­onu, byłe­go dyrek­to­ra fil­har­mo­nii w Hom­lu – Witol­da Olesz­kie­wi­cza. To był czło­wiek, któ­ry wywró­cił kla­sę akor­de­onu w Jele­niej Górze do góry noga­mi, wszy­scy nagle zaczę­li dobrze grać, a ja zaczą­łem wygry­wać kon­kur­sy. Moje pierw­sze spo­tka­nie z nim nie wska­zy­wa­ło na to, że będzie mnie uczyć: ja byłem jesz­cze małym chłop­cem, a on strasz­nym” panem, któ­ry nie mówił po pol­sku, a chęt­nych do jego kla­sy było wie­lu. Na szczę­ście” moja nauczy­ciel­ka zaszła w cią­żę i tak tra­fi­łem pod jego skrzy­dła. Uwa­żam, że gdy­bym go nie poznał, to była­by naj­więk­sza stra­ta w moim życiu. Mój tata zaprzy­jaź­nił się póź­niej z moim nauczy­cie­lem, byli razem w jego rodzin­nym mie­ście i tam nagry­wa­li akor­de­oni­stów i ban­do­ne­oni­stów. A ja zno­si­łem do gara­żu tele­wi­zor i magne­to­wid, uczy­łem się ze słu­chu tych utwo­rów, spi­sy­wa­łem nuty i sie­dzia­łem nad tym czę­sto do bia­łe­go rana. Naj­gor­szy był pora­nek, kie­dy oka­zy­wa­ło się, że trze­ba już iść do szko­ły, a ja jesz­cze nie zdą­ży­łem poćwi­czyć czy zro­bić lek­cji. Potem nad­ga­nia­łem je na prze­rwach, żeby znów w nocy sie­dzieć w garażu.

Życie muzy­ka, wsta­jesz jesz­cze w nocy, idziesz spać już za dnia.

Albo Two­im budzi­kiem jest czo­łów­ka Tele­expres­su. Ja aż tak eks­tre­mal­nie nie mam, choć cięż­ko zna­leźć czas na sen, zda­rza­ją się takie mara­to­ny, gdy przez 2 tygo­dnie pra­wie nie zmru­żę oka. Ostat­nio sta­ram się jed­nak bar­dziej nad tym pano­wać, śpię po 5 – 6 godzin dzien­nie, może za 100 lat doj­dę do perfekcji?

Oby uda­ło się wcze­śniej. Zmień­my dia­me­tral­nie temat: jak stwo­rzyć nastrój Boże­go Naro­dze­nia w lecie?

Bar­dzo pro­za­icz­nie. Do stu­dia, w któ­rym nagry­wa­li­śmy moją nad­cho­dzą­cą kolę­do­wą pły­tę Har­mo­nia Świąt” przy­wieź­li­śmy cho­in­ki, stro­iki świą­tecz­ne i bomb­ki, zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy nawet Wigi­lię z barsz­czem, pie­ro­ga­mi, uszka­mi i opłat­kiem. Zro­bi­li­śmy ją rów­no pół roku przed – 24 czerw­ca, gdy na dwo­rze było bodaj­że 37 stop­ni, zakła­da­li­śmy więc swe­try do krót­kich spode­nek. Nawet kolę­do­wa­li­śmy na osie­dlu w Woj­ko­wi­cach, ludzie się na nas bar­dzo dziw­nie patrzy­li. Ale to wszyst­ko na potrze­by fil­mów pro­mu­ją­cych pły­tę, któ­re lada dzień się poja­wią, a sam album będzie dostęp­ny od 15 listo­pa­da. W moim domu rodzin­nym kolę­dy śpie­wa się namięt­nie, nie­gdyś zawsze przy akor­de­ono­wym akom­pa­nia­men­cie taty. Cio­cia gra­ła na skrzyp­cach, dzia­dek na grze­bie­niu, każ­dy brał co popad­nie. Gdy byłem dziec­kiem spo­ty­ka­li­śmy się całym gro­nem ok. 40 – 50 osób w gór­skim domu cio­ci w Rędzi­nach, potem po pas w śnie­gu cho­dzi­li­śmy do kościo­ła na paster­kę, wszy­scy kolę­do­wa­li, było bar­dzo weso­ło. Praw­dzi­we baj­ko­we świę­ta, sce­ne­ria jak z fil­mu: Księ­życ, bia­ły puch, 3 kilo­me­try przez las. Im czło­wiek jest star­szy tym bar­dziej doce­nia te rodzin­ne spo­tka­nia, każ­dy bie­ga dziś za karie­rą, sie­dzi­my w tele­fo­nach i nie ma cza­su się spo­ty­kać. Na koniec sierp­nia mie­li­śmy zjazd rodzin­ny, czy­li Atak Wyrost­ków na Kar­pacz” i wpa­dłem na pomysł, żeby ich wszyst­kich nagrać, szyb­ko skom­bi­no­wa­li­śmy więc sprzęt nagraniowy.

Nie­zwy­kła pamiąt­ka rodzinna!

Rodzi­na, sza­leń­stwo, wszy­scy śpie­wa­ją Wśród noc­nej ciszy”, napraw­dę nie­zwy­kła rzecz. Zresz­tą nasza rodzi­na napraw­dę uwiel­bia kolę­do­wa­nie, kie­dyś w Legni­cy odwie­dza­li­śmy kuzy­nów, jesz­cze na uli­cy wyją­łem akor­de­on i zaczę­li­śmy śpie­wać, razem z żoną Ali­cją i synem Miko­ła­jem wydzie­ra­li­śmy się wnie­bo­gło­sy, a mija­ją­cy ludzie dali nam nawet pią­ta­ka! Czę­sto sły­szę, że w wie­lu domach nie śpie­wa się kolęd, dla­te­go chcia­łem zain­spi­ro­wać ludzi do tego, niech ta pły­ta będzie swe­go rodza­ju akom­pa­nia­men­tem. W każ­dej rodzi­nie znaj­dzie się ktoś, kto na czymś gra albo – jak Bogu­sław Scha­ef­fer – moż­na grać na czym­kol­wiek, nie krę­puj­my się, śpiewajmy.

Pły­ta z przesłaniem.

I tra­dy­cją, któ­rą wpo­ił mi tata. Mój dzia­dek pocho­dził z gór, z Obi­dzy pod Nowym Sączem, tam też wszy­scy śpie­wa­li po góral­sku – stąd i na pły­cie takie akcen­ty jak Gore Gwiaz­da” czy Hej w Dzień Naro­dze­nia”. Stam­tąd też pocho­dzi słod­ka zupa śliw­ko­wa z faso­lą, któ­rą zawsze mamy na świą­tecz­nym sto­le, dziad­ko­wie przy­wieź­li ją” do Jele­niej Góry. Ksiądz Józef Tisch­ner powie­dział kie­dyś, że tra­dy­cja to nasza toż­sa­mość, chciał­bym jakoś to oca­lić przed zapo­mnie­niem. Kolę­do­wa­nie nie musi być syn­te­tycz­ne, kom­pu­te­ro­we i ide­al­ne jak popo­we pio­sen­ki, każ­dy może wziąć w tym udział. To jest wła­śnie war­tość tych świąt, nie pamię­ta się zupeł­nie jaki­mi samo­cho­da­mi przy­je­cha­li wuj­ko­wie, czy było dużo, czy mało miej­sca, czy było wystaw­nie, czy nie. We wspo­mnie­niach zosta­je atmos­fe­ra, kli­mat. Może to sen­ty­men­tal­ne i z wie­kiem czło­wiek bar­dziej o tym myśli?

Ale to wła­śnie takie wspo­mnie­nia skła­da­ją się na naszą toż­sa­mość, a nie zna­jo­mi na Face­bo­oku czy zdję­cia na Instagramie.

Jesz­cze z tego miej­sca chciał­bym prze­pro­sić wszyst­kich, któ­rym nie odpi­su­ję w Świę­ta na życze­nia, ale świa­do­mie nie bio­rę tele­fo­nu, bo po pro­stu cią­gle gram na akor­de­onie i spo­ty­kam się z rodzi­ną. Bo o co w ogó­le cho­dzi w Bożym Naro­dze­niu? Ja wła­śnie tak rozu­miem prze­kaz tych świąt, że to spo­tka­nie z rodzi­ną, wspól­ne kolę­do­wa­nie i zjed­no­cze­nie. Myślę, że jest to bez­cen­ne i bar­dzo bra­ku­je nam kon­tak­tu z dru­gim czło­wie­kiem, roz­mo­wa w czte­ry oczy to nie co samo co komu­ni­ka­to­ry. Ana­lo­gicz­nie jako wyko­naw­ca uwiel­biam grać dla publicz­no­ści. Kie­dy nagry­wa­łem pierw­szy raz muzy­kę tyl­ko do kamer czu­łem się obco, jak w syn­te­tycz­nym świe­cie. Mając publicz­ność gram zupeł­nie inne dźwię­ki. Tak samo jest z postę­pu­ją­cą cyfry­za­cją, wyda­je mi się, że ludzie mają już tego dość, ale mam nadzie­ję, że jeste­śmy na dobrej drodze.

Wra­ca­jąc do Two­ich wcze­śniej­szych nagrań, któ­re pokry­ły się zło­tem i pla­ty­ną, z pew­no­ścią przy takim suk­ce­sie spo­tka­łeś się tak­że z pro­ble­mem piractwa.

Oczy­wi­ście, moje pły­ty poja­wia­ły się na róż­nych por­ta­lach, skąd moż­na je było pobrać za dar­mo. Kie­dyś, w latach 80. i 90. XX wie­ku był czas wiel­kich giełd, gdzie moż­na było kupić nie­mal wszyst­ko, nie było co praw­da jesz­cze usta­wy o pra­wie autor­skim, ale było to nie w porząd­ku. Arty­ści odży­li, gdy to się zmie­ni­ło – bo twór­czość rów­nież potrze­bu­je tak pro­za­icz­nej rze­czy, jak finan­se, a tak­że cza­su i pomy­słu. Pły­ta to oko­ło roku pra­cy, a muzycz­nie może i jesz­cze wię­cej, bo trze­ba zebrać mate­riał – napi­sać utwo­ry, dopie­ścić aran­że. Potem stu­dio, nagra­nia, pro­jek­ty, sesje zdję­cio­we, wyda­nie, tłocz­nia itd. To jest ogrom kosz­tów, z któ­rych więk­szość nie zda­je sobie. Zawsze porów­nu­ję to do pra­cy nad filmem.

Traf­ne, choć przy fil­mach pra­cu­je o jed­no zero wię­cej ludzi.

Ale budże­ty są też nie­po­rów­ny­wal­nie więk­sze. Fil­my Ste­ve­na Spiel­ber­ga czy George’a Luca­sa były pira­co­ne w Pol­sce zupeł­nie bez­re­flek­syj­nie. Dla­cze­go ludzie pła­cą za alko­hol, papie­ro­sy czy fast foody, któ­re są ewi­dent­nie złe dla ich zdro­wia, a muzy­kę czy film pobie­ra­ją z inter­ne­tu? To się strasz­nie odbi­ja na wszyst­kich, sami sobie strze­la­my w kola­no – gdy­by wszy­scy spi­ra­to­wa­li Gwiezd­ne woj­ny”, to dru­giej czę­ści już by nie było i jak ina­czej wyglą­da­ła­by Galak­ty­ka! W cza­sach, gdy wszyst­ko jest tak łatwo dostęp­ne – mamy legal­ne źró­dła abo­na­men­to­we, są też źró­dła, gdzie dzię­ki rekla­mo­daw­com może­my oglą­dać czy słu­chać bez­płat­nie – pira­to­wa­nie cze­go­kol­wiek jest cał­ko­wi­tym non­sen­sem. Jest to nie­mo­ral­ne, nie­etycz­ne, jest to po pro­stu kra­dzież. To samo doty­czy gier czy apli­ka­cji na tele­fon, zupeł­nie ina­czej się je doce­nia, kie­dy się je kupi. Mam to legal­nie, to zna­czy sza­nu­ję, znam tego war­tość. War­to korzy­stać legal­nie, żeby poczuć ten faj­ny smak, mieć coś, co jest rze­czy­wi­ście moje.

War­to dodać, że Legal­na Kul­tu­ra pro­wa­dzi Bazę Legal­nych Źró­deł. Nie­ste­ty pirac­two wciąż jest praktykowane.

A ludzie narze­ka­ją, że w kinie jest za dro­go. Ale prze­cież są fil­my na żąda­nie, moż­na je wypo­ży­czyć za kil­ka zło­tych na parę dni. Nie oszu­kuj­my się, że ludzie nie mają pie­nię­dzy na kul­tu­rę. Książ­ki z księ­gar­ni też będzie­my wyno­sić? Zasta­na­wia mnie, w jakim kie­run­ku zmie­rza ta cywi­li­za­cja: idzie­my w dzicz jak zwie­rzę­ta, bio­rę jak swo­je i mam? Pokaż­my, że mamy rozum i dawaj­my przy­kład, a nie cofaj­my się w ewo­lu­cji. Bądź­my bar­dziej ludź­mi, a mniej zwierzętami.

Roz­ma­wiał Krzysz­tof Zwierzchlejski

Publi­ka­cja powsta­ła w ramach Spo­łecz­nej kam­pa­nii edu­ka­cyj­nej Legal­na Kul­tu­ra. Dofi­nan­so­wa­no ze środ­ków Mini­stra Kul­tu­ry i Dzie­dzic­twa Narodowego.

OSTATNIE