Problem w tym, że mieszkaniec ma dojazd do swojej działki także od strony ul. Zamkowej. Ta gruntowa stanowiła dodatkowy trakt do firmy pana D. Kłopot także w tym, że parcela ełczanina ma dosyć specyficzne położenie. Działkę bowiem dzieli skarpa o różnicy w poziomie 5 metrów. Zlikwidowanie dojazdu od strony jeziora do miejsca działki, na której stoją budynki służące do prowadzenia działalności gospodarczej, nie tylko przysporzy mu wiele kłopotów, ale uniemożliwi wręcz prowadzenie działalności. Działalności, z której Cezary D. utrzymuje swoją rodzinę.
Pan Czarek próbuje więc wpłynąć prośbą na zmianę decyzji miejskiego magistratu. Jednak jak twierdzi, spotyka się z ciągłą odmową urzędników i brakiem zrozumienia. Jedni twierdzą, że gruntowa droga nie jest drogą i de facto nie istnieje. Drudzy, że jego działalność jest za brzydka i nie pasuje do ładnego Ełku. Absurdalne argumenty, brak zrozumienia i walka o przetrwanie spowodowały, że mieszkaniec szukać będzie pomocy nawet w prokuraturze, w kwestiach administracyjnych.
Treść prośby, którą wystosował do prezydenta Ełku Tomasza Andrukiewicza, jest tak przejmująca i empatyczna, że mogłaby być świetnym materiałem na książkę.
PROŚBA
„Zwracam się do pana, jak i do Urzędu Miasta o uwzględnienie konieczności przejazdu do miejsca, w którym prowadzę od wielu lat działalność gospodarczą znajdującą się na działce nr 566 (od strony jeziora), będącej moją własnością. Na ww. działce garażuję także swoje auta służące mi do prowadzenia działalności skupu surowców wtórnych. Dojazd do miejsca prowadzenia działalności gospodarczej od ulicy Zamkowej jest niemożliwy poprzez dużą różnicę w poziomie terenu (ponad 5 metrów) na krótkim dystansie (skarpa).
Proszę o uwzględnienie wjazdu i dojazdu samochodu dostawczego, jak i ciężarowego, który jest niezbędny do prowadzenia mojej działalności. Po wizji lokalnej, która odbyła się po uprzednim spotkaniu i umówieniu z pana zastępcą Arturem Urbańskim w Urzędzie Miasta, na którą przybył wraz z prezes Zespołu Inwestycyjnego — Haliną Bender i urzędniczką, aby znaleźć rozwiązanie problemu i naocznie sprawdzić, iż realny dojazd do owego budynku istnieje tylko od strony jeziora.
Wizja lokalna zakończyła się stwierdzeniem przedstawicieli urzędu, że faktycznie nie jest możliwy dojazd do miejsca prowadzenia działalności od ul. Zamkowej (drugi wjazd – red.).
Wobec powyższych faktów i okoliczności proszę o uwzględnienie 90 metrów drogi dojazdowej, po której mogłyby dojeżdżać auta i nadal mógłbym pracować i funkcjonować.
Nieuwzględnienie wniosku doprowadzi do upadłości mojej firmy z uwagi na brak możliwości dowozu surowców wtórnych, jak i ich wywiezienie. Rodzina moja straci możliwość zarobkowania i doprowadzi to do bankructwa.
UZASADNIENIE
„Budynek, w którym prowadzę działalność w formie skupu makulatury i surowców wtórnych, powstał na początku XX wieku, i zbudowany został przez Niemców w technologii typu »mur pruski«, czyli od środka cegła dziurawka i drewniane bale. Pełnił on funkcję magazynu stanicy wodnej. W latach powojennych służył właścicielom jako skład płodów rolnych i siana. W roku 1983, kiedy siedlisko kupili moi rodzice, w tymże budynku mój ojciec prowadził zakład kamieniarsko – pomnikarski, w międzyczasie remontując ten budynek, gdyż stan murów tego wymagał. Zważywszy na trudności za czasów tzw. komuny, z pozyskiwaniem i ograniczoną dostępnością podstawowych materiałów budowlanych typu cegła, pustak, ojciec posiłkował się materiałami z rozbiórek.
Zakład kamieniarsko – pomnikarski był prowadzony z dużym powodzeniem i rentownością do roku 1989 i przemian polityczno-gospodarczych. Potem „przyszła” hiperinflacja, która wpędziła moją rodzinę i zakład w bankructwo, nędzę i nie do opisania problemy. Obrazując w telegraficznym skrócie:
Kwiecień 1989 — początek sezonu pomnikarskiego. Mój tata ma podpisanych ok. 50 umów na wykonanie pomników, wartości ogólnej kupna 2-3 domów. Pół roku później, wskutek wspomnianej hiperinflacji owe pieniądze nie były w stanie pokryć nawet w połowie zakupu materiałów niezbędnych do wykonania takiego pomnika. Pod koniec sezonu pomnikarskiego, który kończył się z dniem 1 listopada, mój ojciec nie był w stanie wywiązać się z powyższych zobowiązań, gdyż ceny materiałów i usług poszybowały w górę, a na umowach była cena sprzed inflacji. Tata śmiał się przez łzy, mówiąc: sprzedała baba koszyk jajek na targu i zapłaciła za pomnik”. Mój ojciec, pomimo że nigdy nie pożyczył od nikogo ani złotówki — został z olbrzymimi długami i zleceniami do wykonania. Tata załamał się psychicznie, popadł w alkoholizm. W ciągu niespełna roku nasza rodzina, z dobrze sytuowanej, spadła na samo dno.
Mama musiała wyprzedawać z domu wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, aby wykarmić mnie i trójkę mego młodszego rodzeństwa. Sprzedane zostało wszystko: dębowe rzeźbione meble, obrazy, kryształy — jednym słowem wszystko. Zostaliśmy z wersalkami i stołem kuchennym, w starym poniemieckim domu, budowanym również w technologii „muru pruskiego”, wymagającego natychmiastowego kapitalnego remontu. Zdaniem nadzoru budowlanego groził zawaleniem.
Lata 1990-1995 to lata biedy i skrajnego ubóstwa — żyliśmy z pomocy opieki społecznej oraz pracując jako dzieci przy pracach sezonowych — zbiór ogórków, truskawek, kwiatu lipy, grzybów. Alkoholizm ojca i problemy zdrowotne moich braci szły w parze z biedą nie do opisania.
W roku 1995 za pożyczkę zaciągniętą w PFRON na brata, będącego po amputacji nóg i części rąk, otworzyliśmy skup makulatury i surowców wtórnych. Minęło osiem bardzo ciężkich, mozolnych i pracowitych lat, zanim nasza rodzina pospłacała długi i zobowiązania oraz wyremontowała walący się dom.
Po śmierci brata, w 2004 r., „wziąłem” firmę na siebie i prowadzę ją do dziś, jako jednoosobową działalność gospodarczą, w której pomaga mi mój drugi niepełnosprawny brat i pozostała najbliższa rodzina, łącznie z małoletnimi dziećmi. Ciężkie i tragiczne w skutkach wydarzenia, które dotknęły moją rodzinę, to tylko nieliczne z wielu i opisane w wielkim skrócie, by zbyt nie wydłużać pisma i prośby. Odwołuję się do pana jako Prezydenta Ełku, ale także jako człowieka z sercem, niepozbawionego empatii i zrozumienia, i proszę wraz z rodziną o to, aby brakiem dojazdu nie odbierał nam pan pracy, chleba […]”.
Tym przejmującym bardziej listem niż prośbą, mieszkaniec Ełku, zakończył swoje pismo i cierpliwie czekał na odpowiedź. Ta przyszła 27 lutego tego roku, ale ustosunkował się do niej nie Tomasz Andrukiewicz, a jego zastępca Artur Urbański.
Pismo definitywnie wskazywało, że szanse na spełnienie prośby obywatela miasta są marne. Z dokumentu wynika, że droga, o którą zabiega bohater naszego artykułu, decyzją urzędową została wyłączona z eksploatacji przejścia i komunikacji. Dokument „zaleca” także zlikwidowanie istniejącego tam od lat zjazdu na potrzeby budowy ścieżki pieszo — rowerowej.
— Na każdym etapie historii tego budynku i siedliska, odkąd władze jeszcze niemieckiego miasta Ełk wybrały ziemię, z której usypana została grobla, łącząca wyspę zamkową ze stałym lądem i odkąd stoi tam mój budynek, czyli od ponad 100 lat, była tam droga szutrowa — mówi pan Cezary. — Pojęcia nie mam kto i na jakim etapie przeoczył ten fakt, twierdząc, że nie ma tam żadnej drogi na mapach.
Cezary D. nie zgodził się z decyzją włodarzy i skierował wniosek o wznowienie postępowania administracyjnego do Starosty Powiatu Ełckiego, zarzucając jednocześnie urzędowi miejskiemu, że ten pominął go jako stronę, gdyż jego działka graniczy ze wspomnianą ścieżką rowerową. Starostwo Powiatowe w Ełku pozostawiło sprawę bez rozpoznania, ze względu na błędy formalne w piśmie skarżącego. Cezary D. zamierza więc skierować sprawę do prokuratury.
Problemem zainteresowali się też radni miejscy, wielokrotnie apelując o pozytywne załatwienie sprawy. Jak się ona zakończy — nie wiadomo. Wiadomo jednak, że owa ścieżka pieszo — rowerowa miała być łącznikiem z kładką na jeziorze ełckim od strony Chruściel. Dziś wiemy, że kładki w tym miejscu nie będzie. Pozostanie więc ścieżka rowerowa prowadząca do …. nie wiadomo. Przynajmniej na razie.