Strona główna » Rozmowy kontrolowane » Gdzieś trzeba zarzucić kotwicę i od czegoś zacząć…
Rozmowy kontrolowane

Gdzieś trzeba zarzucić kotwicę i od czegoś zacząć…

Wywiad Legalnej Kultury

– W życiu nie ma przy­pad­ków. W życiu wszyst­ko ma swo­je miej­sce – mówi Jaro­sław Bobe­rek, aktor fil­mo­wy, tele­wi­zyj­ny, teatral­ny, a przede wszyst­kim dub­bin­go­wy, któ­ry uży­czał gło­su posta­ciom w ponad 600 fil­mach i seria­lach. Zanim prze­mó­wił gło­sem kró­la Julia­na z Mada­ga­ska­ru”, pla­no­wał nie­co inną dro­gę życio­wą. Jaką? – z akto­rem roz­ma­wia Jolan­ta Tokarczyk.

Czy od wcze­snych lat chcia­łeś być akto­rem, czy raczej poja­wi­ło się to pod wpły­wem oko­licz­no­ści życio­wych albo może nawet nie­co przypadkiem?
W życiu nie ma przy­pad­ków. Wszyst­ko ma swo­je miej­sce i jest po coś”, choć nie od razu to sobie uświa­da­mia­my. Jeśli cho­dzi o aktor­stwo, z praw­dzi­wym insty­tu­cjo­nal­nym teatrem zetkną­łem się dość póź­no. Miesz­ka­łem w małej miej­sco­wo­ści, gdzie nie było sta­cjo­nar­ne­go teatru, a arty­ści przy­jeż­dża­li na – jak­by­śmy to dziś powie­dzie­li – chał­tu­ry. Kie­dy więc po raz pierw­szy posze­dłem do praw­dzi­we­go teatru, z jego magicz­ną atmos­fe­rą, gru­by­mi kota­ra­mi, kuli­sa­mi, dźwię­kiem, popu­lar­ny­mi akto­ra­mi, było to dla mnie ogrom­nym prze­ży­ciem. Chło­ną­łem tę sztu­kę, mając prze­świad­cze­nie, że coś bar­dzo waż­ne­go dzie­je się tam, na scenie.

Póź­niej poja­wi­ła się kwe­stia wybo­ru zawo­du, a mnie pocią­ga­ła archi­tek­tu­ra. Ponoć nie­źle ryso­wa­łem i rze­czy­wi­ście pla­no­wa­łem zostać archi­tek­tem. Przy oka­zji reali­zo­wa­nia tych zain­te­re­so­wań spo­tka­łem ludzi, któ­rzy bawi­li się” w teatr. Na chwi­lę z nimi przy­sta­ną­łem, ktoś mnie zoba­czył i dora­dził, abym poszedł w tym kie­run­ku. Nama­wia­no mnie do zda­wa­nia do szko­ły teatral­nej, ale ja wte­dy nawet nie wie­dzia­łem, w jakich mia­stach znaj­du­ją się takie szko­ły. Z dru­giej stro­ny sil­ne wra­że­nie, jakie wywarł na mnie teatr, cały czas nie pozwa­la­ło o sobie zapomnieć.

Kie­dy zwie­rzy­łem się w domu ze swo­ich roz­te­rek, rodzi­ce zaopo­no­wa­li. Pró­bo­wa­no mi wybić z gło­wy aktor­stwo, bo prze­cież aktor to nie jest zawód dla męż­czy­zny. Lekarz, praw­nik, w osta­tecz­no­ści archi­tekt – to co inne­go. Ale nie aktor! Aby jed­nak nie wyrzu­cać sobie kie­dyś zmar­no­wa­nej szan­sy, zde­cy­do­wa­łem się zda­wać do szko­ły teatral­nej. No i sta­ło się, zosta­łem przyjęty.

Kie­dy bli­scy prze­ko­na­li się, że był to dobry wybór? Po pierw­szej uda­nej roli?
To nastą­pi­ło dość szyb­ko. Jeden występ, dru­gi, wywia­dy… Rodzi­ce poczu­li się dum­ni i zapo­mnie­li o daw­nej nie­chę­ci. A potem wszyst­ko jakoś się potoczyło…

Ludzi magne­ty­zu­je świat z pierw­szych stron gazet. Moich bli­skich tro­chę też, ale to nie jest moja baj­ka. Gdzie indziej loku­ję swo­je inwe­sty­cje i popu­lar­ność to dla mnie spra­wa dru­go­rzęd­na. Mam nawet pro­blem z tzw. ścian­ką, a prze­cież są tacy, któ­rzy to uwiel­bia­ją. Nie kry­ty­ku­ję, bo życie jest tak róż­no­rod­ne, że każ­dy znaj­dzie w nim swo­je miejsce.

Nie prze­pa­dasz za ścian­ką, ale pew­nie w mło­do­ści ścia­ny w Two­im miesz­ka­niu zdo­bi­ły podo­bi­zny ulu­bio­nych arty­stów. Mia­łeś takich idoli?
Oczy­wi­ście, były aktor­ki, w któ­rych się skry­cie pod­ko­chi­wa­łem. Nie wie­sza­łem jed­nak pla­ka­tów akto­rów, a raczej podo­bi­zny muzy­ków, szcze­gól­nie lubi­łem zespo­ły Deep Pur­ple, Pink Floyd i Led Zep­pe­lin oraz węgier­ską for­ma­cję Omega.

Sko­ro mówisz, że pierw­szą fascy­na­cją zawo­do­wą był teatr, to zapew­ne i pierw­sze role teatral­ne zapa­dły Ci w pamięć. Z jaki­mi doświad­cze­nia­mi musiał się mie­rzyć mło­dy aktor, któ­ry dopie­ro wcho­dził w zawód i sta­wał na deskach teatru tuż obok doświad­czo­nych, a czę­sto i sław­nych kolegów?
Pierw­sze lata w aktor­stwie były bar­dzo trud­ne. Podob­nie jak wszyst­ko, z czym musi­my się mie­rzyć pierw­szy raz. Jeśli robi­my to z głę­bo­kiej wewnętrz­nej potrze­by, towa­rzy­szą nam ogrom­ne emo­cje, bo mło­dy czło­wiek zazwy­czaj nie­wie­le umie. Szko­ła wypo­sa­ża nas w narzę­dzia, ale zawo­du uczy­my się dopie­ro w prak­ty­ce. Tak prze­cież jest nie tyl­ko w aktor­stwie, doty­czy więk­szo­ści dzie­dzin życia. Wszyst­ko, co pierw­sze odci­ska na nas swo­je pięt­no, pozo­sta­wia po sobie smak suk­ce­su albo poraż­ki, kom­pro­mi­ta­cji albo radości.

Mnie bar­dzo zale­ża­ło na tym, aby po szko­le zaan­ga­żo­wać się w teatrze, bo wyda­wa­ło mi się, że teatr jest tym miej­scem, któ­re naj­bar­dziej roz­wi­ja akto­ra. Prze­ko­na­łem się, o praw­dzi­wo­ści tych słów, ale też praw­dą jest, że w teatrze nie nauczysz się tego, co w fil­mie, a w fil­mie nie nauczysz się tego, cze­go w radiu przed mikro­fo­nem. Każ­da z tych dzie­dzin rzą­dzi się swo­imi pra­wa­mi, ale żad­nej nie glo­ry­fi­ku­ję ani nie depre­cjo­nu­ję. Gdzieś jed­nak trze­ba zarzu­cić kotwi­cę i od cze­goś zacząć.

Byłem już po sło­wie z dyrek­to­rem Teatru Wybrze­że w Gdań­sku i poje­cha­łem tam myśląc, że będę mógł się zatrud­nić. Nie­ste­ty oka­za­ło się, że w teatrze nie ma już eta­tów i dyrek­tor pora­dził, abym zaan­ga­żo­wał się do jed­ne­go z teatrów ościen­nych. To sfor­mu­ło­wa­nie Teatr ościen­ny” do dziś mi towarzyszy.

Zapy­ta­łem więc wte­dy, gdzie znaj­du­je się taki teatr ościen­ny”, bo prze­cież ten w Gdy­ni nie naj­le­piej sobie radził, a naj­bliż­szy był w Elblą­gu. … No tak w Elblą­gu – pod­chwy­cił dyrek­tor i tam mnie skierował.
Nie poje­cha­łem jed­nak do Elblą­ga, ale do Łodzi i tam się zaan­ga­żo­wa­łem. W Łodzi spę­dzi­łem trzy sezo­ny. Począt­ko­wo wyda­wa­ło mi się, że jest to czas stra­co­ny. Z per­spek­ty­wy kolej­nych doświad­czeń prze­ko­na­łem się, jak bar­dzo się wów­czas myli­łem. Byłem nie­po­kor­ny, nie­cier­pli­wy i głod­ny pra­cy, chcia­łem zmie­niać świat – jak każ­dy mło­dy człowiek.

Wresz­cie tra­fi­łem do War­sza­wy i tu zostałem.

Poja­wi­ły się role, te małe i te duże, a wśród nich Poste­run­ko­wy… Jak się odna­la­złeś w serialu?
To była waż­na rola, bo pierw­sza moja wie­lo­let­nia pra­ca w seria­lu i świet­ny poli­gon doświad­czal­ny dla akto­ra. Dawa­ła moż­li­wość pra­cy przed kame­rą i spo­tkań z wybit­ny­mi kole­ga­mi, oddy­cha­nia tym samym powie­trzem co oni. Super doświadczenie.

Począt­ko­wo pro­po­zy­cja nie była wią­żą­ca, ponie­waż reali­zo­wa­no trzy odcin­ki pilo­ta­żo­we i nie wia­do­mo było, czy poza trzo­nem rodzi­ny Kwiat­kow­skich ktoś jesz­cze zago­ści w seria­lu na dłu­żej. Jak­że się ucie­szy­łem, kie­dy po pew­nym cza­sie dowie­dzia­łem się od sce­na­rzy­sty, że dostał wia­do­mość z pro­duk­cji, aby… pisać dla Poste­run­ko­we­go. Zachwy­ci­łem się. Wow, to było coś! No i tak pozo­sta­li­śmy z widza­mi przez ponad dzie­sięć lat. Było to świet­ne doświad­cze­nie. Moja rola była tak skon­stru­owa­na, że w jed­nym boha­te­rze zawie­ra­ło się wie­le posta­ci. Poste­run­ko­wy prze­ista­czał się we wróż­kę, sta­rą babę, wło­skie­go cara­bi­nie­ri, demo­na ze snów, poli­glo­tę, anty­ter­ro­ry­stę, skin­he­ada i wie­lu innych. To było cie­ka­we wyzwa­nie aktor­skie i świet­nie się przy tym bawiliśmy.

Kie­dyś krę­ci­ło się sie­dem dubli lub mniej, a teraz bywa, że i dwa­dzie­ścia sie­dem. Jak się w tym odnajdujesz?
Ta powta­rzal­ność może wyda­wać się nud­na dla nie­któ­rych ludzi nie­zwią­za­nych z fil­mem, któ­rzy obser­wu­ją plan zdję­cio­wy. Pra­ca akto­ra pole­ga przede wszyst­kim jed­nak na cze­ka­niu – nie­raz jest nawet sześć-sie­dem godzin pośli­zgu i trze­ba się do tego przy­zwy­cza­ić. Trze­ba zna­leźć spo­sób, żeby nie spa­lić się w tym cze­ka­niu. Cza­sa­mi cze­ka się na akto­ra, lecz czę­ściej na słoń­ce, deszcz, kame­rę czy świa­tło. Powo­dów do cze­ka­nia jest mnó­stwo. Nawet jeśli wszyst­ko zosta­ło dobrze zapla­no­wa­ne, dzień zdję­cio­wy i tak skła­da się z czekania.

Czy cze­ka się rów­nież w dub­bin­gu? Uży­cza­łeś gło­su w bli­sko sze­ściu­set fil­mach i seria­lach, jakie masz doświad­cze­nia z tej pracy?
W dub­bin­gu się raczej nie cze­ka, chy­ba że na akto­ra, któ­ry się spóź­nia. Akto­rzy umó­wie­ni są na daną godzi­nę, choć bywa, że ktoś nie wyro­bi się w prze­wi­dzia­nym cza­sie nagrań i kole­ga, któ­re­go wej­ście zapla­no­wa­no w następ­nej kolej­no­ści będzie musiał pocze­kać. Nie jest to jed­nak wie­lo­go­dzin­ne cze­ka­nie, a takie sytu­acje nie zda­rza­ją się aż tak często.

Ile dubli nagry­wa się w dubbingu?
Wszyst­ko zale­ży od talen­tu akto­ra i reży­se­ra. Jeśli jest dobrze – moż­na poprze­stać nawet na jed­nym dublu, choć zazwy­czaj przy­go­to­wu­je się jesz­cze tech­nicz­ne duble bez­pie­czeń­stwa. Mogą się przy­dać w mon­ta­żu, gdy­by się oka­za­ło, że jakieś sło­wo brzmi nie­wy­raź­nie i trze­ba je będzie podmienić.

Czy aktor musi uru­cho­mić jakieś par­tie mię­śni, aby dobrze zdub­bin­go­wać postać? Na sce­nie ekwi­li­bry­sty­ka cia­ła jest waż­na w kon­tek­ście kre­acji aktor­skiej. A jak jest w dubbingu?
Nie moż­na tu zbyt­nio gim­na­sty­ko­wać się”, ponie­waż mikro­fon reje­stru­je wszyst­ko bar­dzo dokład­nie. Kie­dyś zda­rzy­ło się, że aktor przy­szedł na nagra­nia w jedwab­nej koszu­li i trze­ba go było roze­brać, bo mikro­fon reje­stro­wał każ­dy szelest.

Cia­łem moż­na sobie oczy­wi­ście poma­gać, dla­te­go jed­ni akto­rzy się wykrę­ca­ją, inni robią miny, a jesz­cze kolej­ni sta­ją na pal­cach lub robią wszyst­ko jed­no­cze­śnie, ale nie zmie­nia­jąc swo­jej pozy­cji wzglę­dem mikro­fo­nu i nie wyda­jąc żad­nych dźwię­ków, poza gło­sem. Każ­dy poma­ga sobie tak, jak dyk­tu­je mu orga­nizm. Są też tzw. akto­rzy orga­nicz­ni, któ­rzy potrze­bu­ją zro­bić kil­ka pom­pek, prze­biec się, aby poczuć zmę­cze­nie i wte­dy lepiej gra­ją zdy­sza­ną postać. To jed­nak broń obo­siecz­na, bo kie­dy po inten­syw­nych par­tiach pogo­ni trze­ba zagrać spo­koj­nie, trze­ba będzie­my pocze­kać, aż orga­nizm się wyci­szy. Jestem zwo­len­ni­kiem dobre­go rze­mio­sła. W dub­bin­gu trze­ba prze­krę­cić odpo­wied­nią gał­kę w naszym orga­ni­zmie, aby dostać to, cze­go potrze­bu­je­my w danej chwili.

Masz rów­nież doświad­cze­nie współ­pra­cy przy grach kom­pu­te­ro­wych. Czy pra­ca w grach jest podob­na do radia lub dub­bin­gu, czy też wyma­ga uru­cho­mie­nia jesz­cze innych ele­men­tów, innych strun i pozio­mów wraż­li­wo­ści aktora?
Czę­sto jest bar­dzo podob­nie, ponie­waż pod­kła­da się głos pod ist­nie­ją­ce już fil­my, któ­re wyma­ga­ją od akto­rów peł­ne­go syn­chro­nu. Na ogół jed­nak gra­my wszyst­kie kwe­stie naszej posta­ci, zebra­ne z całej gry, zazwy­czaj nie zna­jąc kon­tek­stu, w jakich pada­ją te kwestie.

Jeśli postać opie­wa na przy­kład na dwa tysią­ce wavów, czy­li gło­so­wych wejść, któ­re mogą być dia­lo­giem, chrząk­nię­ciem, krzy­kiem, rzę­że­niem kona­ją­ce­go, pole­ga­my jedy­nie na ory­gi­na­le, jeśli tako­wy ist­nie­je, a w innym wypad­ku na intu­icji bądź adno­ta­cjach pro­du­cen­ta gry w rubry­ce Cha­rak­ter posta­ci, cha­rak­ter sceny”.

Isto­ta dub­bin­gu pole­ga na tym, aby zro­bić, to co suge­ru­je twór­ca w skoń­czo­nym mate­ria­le, jakim jest film czy gra kom­pu­te­ro­wa. Poru­sza­my się tu w pre­cy­zyj­nie okre­ślo­nej prze­strze­ni i z tego powo­du wie­lu akto­rów nie lubi dub­bin­gu, ponie­waż trze­ba wbić się w cia­sny gor­se­cik goto­we­go dzieła.

Porów­nu­ję to cza­sa­mi do wła­snych doświad­czeń teatral­nych, kie­dy w jed­nej z ról ocze­ki­wa­no ode mnie umie­jęt­no­ści jaz­dy na rol­kach. Kie­dy reży­ser zapy­tał mnie, czy jeż­dżę, odpo­wie­dzia­łem zgod­nie z praw­dą, że tak, jeż­dżę na rol­kach, łyż­wach, nie mam z tym pro­ble­mu. Ale potem na sce­nie oka­za­ło się, że muszę jeź­dzić w prze­strze­ni sce­ny 3 × 3 metry i to już zmie­nia­ło postać rze­czy. Bra­łem wte­dy lek­cje u 16-let­nie­go mistrza w tej dzie­dzi­nie, żeby na małym metra­żu to moje jeż­dże­nie mia­ło sens. Żebym opa­no­wał tech­ni­kę, wie­dział, jak szyb­ko się zatrzy­mać, umiał zro­bić jakąś figu­rę itp. Podob­nie jest z pra­cą w dub­bin­gu; może­my roz­huś­tać nasz głos od kuli­sy do kuli­sy i inter­pre­to­wać postać, tak jak nam w duszy gra, ale nie o to w tym chodzi.

Czy w związ­ku z tym macie w ogó­le moż­li­wość pozna­nia fil­mu, czy gry w całości?
W dobie inter­ne­tu i sze­ro­ko zakro­jo­ne­go – nie­ste­ty – pirac­twa, pro­du­cen­ci podej­mu­ją wszel­kie środ­ki bez­pie­czeń­stwa, aby pro­dukt nie wyciekł do sie­ci. Pod­pi­su­ją rygo­ry­stycz­ne umo­wy, ale przede wszyst­kim nie zdra­dza­ją przed­wcze­śnie tre­ści gry czy filmu.

Z tego powo­du każ­dy aktor pozna­je tyl­ko swo­ją postać. Cały film zna reży­ser. W przy­pad­ku gier jest podob­nie – jeśli aktor nie zna cało­ści i nie wie, w jakiej spra­wie boha­ter mówi swo­ją kwe­stię, musi sko­rzy­stać z pomo­cy reży­se­ra, bądź kon­sul­tan­ta, z któ­ry­mi rów­nież czę­sto współ­pra­cu­je­my. Jest to oso­ba, któ­ra naj­czę­ściej zna grę wzdłuż i wszerz, ponie­waż prze­szła ją wie­lo­krot­nie, czy nawet ją współ­two­rzy­ła na pozio­mie scenariusza.

Kie­dy dys­po­nu­je­my ory­gi­nal­ną wer­sją języ­ko­wą i może­my porów­nać, że w pew­nych kwe­stiach boha­ter ma pod­nie­sio­ny głos, a kie­dy indziej mówi szep­tem, jest nam łatwiej. Nale­ży jed­nak pamię­tać o tym, że każ­dy język ma swo­ją melo­dię i nie zawsze odczy­ta­nie wprost przy­no­si dobre efek­ty. Jeśli gra zosta­ła wyda­na w angiel­skiej czy w innej wer­sji języ­ko­wej, a my tyl­ko przy­go­to­wu­je­my wer­sję pol­ską, przej­ście przez całość, czy­li kil­ku­go­dzin­ne gra­nie, raczej jest nie­moż­li­we. Czę­sto korzy­sta­my wte­dy wła­śnie z pomo­cy eks­per­ta, czło­wie­ka, któ­ry prze­szedł tę grę wie­le razy i potra­fi opo­wie­dzieć wcze­śniej­sze fragmenty.

Zda­rza­ją się oczy­wi­ście pomył­ki, nie­raz posta­ci spo­ty­ka­ją się ze sobą na ekra­nie, a ich dia­lo­gi nie brzmią dobrze, ponie­waż jeden dub­bin­gu­ją­cy pozo­sta­je w jed­nej tem­pe­ra­tu­rze gło­su niż dru­gi. Robi­my wszyst­ko, aby unik­nąć tych błę­dów, ale nie zawsze się udaje.

Czy pamię­tasz swój głos sprzed szko­ły, zanim zaczą­łeś go trenować?
W ogó­le go nie pamię­tam. My sły­szy­my sie­bie zupeł­nie ina­czej niż sły­szą nas inni. Każ­dy czło­wiek tak ma. Kie­dy słu­cham sta­rych dub­bin­gów, prze­ko­nu­ję się, jak zmie­nia się bar­wa gło­su, zwłasz­cza gdy stru­ny gło­so­we są nad­wy­rę­żo­ne. Wiem jed­nak, że z cza­sem głos sta­je się moc­niej­szy i w sile wie­ku może­my zagrać Wikin­ga, a wcze­śniej tyl­ko jakie­goś ose­ska. To rów­nież powszech­ne doświadczenie.

Czy dbasz o głos w jakiś szcze­gól­ny sposób?
Wca­le go nie oszczę­dzam. Nie jeste­śmy śpie­wa­ka­mi ope­ro­wy­mi, aby roz­tkli­wiać się nad sobą. Podob­nie jak wszy­scy – cho­ru­je­my i przy­tra­fia­ją się nam infek­cje. Wte­dy trze­ba się­gnąć po lekar­stwa z apte­ki lub sta­re, wypró­bo­wa­ne bab­ci­ne meto­dy, jak np. sok ze świe­żych bura­ków, pity mały­mi łycz­ka­mi, żeby nie spa­lić gardła.

Wróć­my zatem do pra­cy w dub­bin­gu. Czy pra­cu­jąc masz moż­li­wość pozna­nia zacho­wa­nia posta­ci, zoba­cze­nia ich na ekranie?
Tak. W dub­bin­gu fil­mo­wym poma­ga nam ucho, czy­li ory­gi­nał sły­sza­ny w słu­chaw­ce i oko, ponie­waż przed sobą mamy dub­bin­go­wa­ną postać, a tak­że zapi­sa­ny tekst, któ­ry ona mówi. Trze­ba wszyst­ko zło­żyć w całość, by odna­leźć się w tej konfiguracji.

Czę­sto pra­cu­je się a’vista, czy­li bez prób, zwłasz­cza kie­dy jest dużo kwe­stii do wypo­wie­dze­nia i nie ma cza­su na cią­głe pró­bo­wa­nie. Jeśli coś zro­bi­my źle oczy­wi­ście zatrzy­mu­je­my się i popra­wia­my, gra­my to jesz­cze raz. Patrząc z per­spek­ty­wy reży­se­ra bar­dzo lubię te pierw­sze reje­stra­cje, bo czę­sto są świet­ne, intu­icyj­ne, nie­obar­czo­ne ruty­ną prób.

Zda­rza się, że mimo wie­lo­krot­nych prób jakiejś kwe­stii nie uda­je się jed­nak nagrać w spo­sób zado­wa­la­ją­cy. Wte­dy war­to się roz­luź­nić, zro­bić prze­rwę, a naj­le­piej odło­żyć to i wró­cić póź­niej, kie­dy znów poja­wi się dystans do pra­cy i do postaci.

Czy król Julian, poza tym, że spo­tka­li­ście się w pra­cy, zosta­wił trwa­ły ślad w Two­im życiu?

Nie­wąt­pli­wie tak. Spo­ty­ka­jąc się z ludź­mi, doświad­czam ogrom­nej sym­pa­tii, jaką mają dla tej posta­ci. To cudow­ny wariat, któ­ry zakrę­cił i mło­dy­mi, i sta­ry­mi, widza­mi, wła­ści­wie bez ogra­ni­czeń wie­ko­wych. Nie­mal na każ­dym spo­tka­niu z publicz­no­ścią jestem pro­szo­ny, aby powie­dzieć coś Julia­nem”. Kie­dyś bra­łem udział w akcji Cała Pol­ska czy­ta Fre­drę”. Wraz z Kry­sty­ną Proń­ko i jed­nym z arty­stów kaba­re­to­wych zosta­li­śmy odde­le­go­wa­ni do Gorzo­wa Wiel­ko­pol­skie­go, gdzie czy­ta­li­śmy frag­men­ty utwo­rów mistrza.

Ja mia­łem grać Pap­ki­na, Kry­sty­na – Kla­rę. Było to jed­nak trud­ne doświad­cze­nie, nie byli­śmy przy­go­to­wa­ni do gra­nia takich kla­sycz­nych ról i wte­dy ktoś popro­sił, abym zagrał tę swo­ją postać Julia­nem. Publicz­ność zwa­rio­wa­ła i chy­ba każ­dy zapa­mię­tał ten moment, kie­dy to król Julian wcie­lił się w postać Papkina.

Ponie­waż jeste­śmy przy czy­ta­niu, odwo­łam się do nie­daw­nych doświad­czeń z Two­im udzia­łem. To pro­jekt Legal­nej Kul­tu­ry Księ­gar­nia Marzeń – Czy­ta­my Razem”, w ramach któ­re­go czy­ta­li­śmy książ­ki w róż­nych pol­skich księ­gar­niach. Sło­wo dru­ko­wa­ne jest waż­ne w pra­cy akto­ra, czy pry­wat­nie też lubisz czy­tać książki?

Tak, choć dziś czy­ta­nie ksią­żek postrze­ga­ne jest przez wie­lu jako sta­ro­mod­ny zwy­czaj. Ale począt­ki dzia­łań arty­stycz­nych moje­go poko­le­nia to było oto­cze­nie ksią­żek i podró­że w świat wyobraź­ni, któ­re odby­wa­ły się wła­śnie za pośred­nic­twem ksią­żek. Ten nawyk pozo­stał i jest bar­dzo przy­dat­ny zwłasz­cza w naszym zawo­dzie. Czy­ta­nia nic nie zastą­pi. Ina­czej się przy­swa­ja sło­wo powie­dzia­ne przez kogoś, a ina­czej prze­czy­ta­ne przez siebie.

Nie­ste­ty, obec­nie sta­je­my się cywi­li­za­cją obraz­ko­wą. Nie jestem oczy­wi­ście prze­ciw­ni­kiem komik­sów czy innych form obra­zu, ale myślę, że zbyt czę­sto bom­bar­du­je­my się jedy­nie dozna­nia­mi obraz­ko­wy­mi. Szyb­kie oglą­da­nie, szyb­ki mon­taż… Łatwość malo­wa­nia za pomo­cą narzę­dzi elek­tro­nicz­nych spra­wia, że ogra­ni­cza­my sło­wo pisa­ne, a to z kolei rzu­tu­je na naszą komu­ni­ka­tyw­ność. Bada­nia poka­zu­ją, że zasób słów czło­wie­ka sprzed kil­ku­dzie­się­ciu lat był dużo więk­szy niż współ­cze­sne­go mło­de­go człowieka.

Kie­dyś zasta­na­wia­łem się ze znaw­ca­mi tema­tu, cze­mu dub­bin­gu­je­my fil­my aktor­skie, na przy­kład pro­duk­cje Marve­la. Wie­le fil­mów może­my zepsuć” w ten spo­sób. Usły­sza­łem – a wiesz ile osób to prze­czy­ta? Ile ma pro­ble­my z czy­ta­niem? Pro­blem doty­czy sie­dem­dzie­się­ciu pro­cent spo­łe­czeń­stwa i to nie­ste­ty jest smut­na prawda.

Książ­ka sta­je się czymś sta­ro­mod­nym, przed­mio­tem z lamu­sa, ale gdy­by prze­ła­mać ten ste­reo­typ, moż­na odkryć coś war­to­ścio­we­go. Podob­nie jak z pły­ta­mi winy­lo­wy­mi. Cyfro­wy zapis dźwię­ku jest skon­den­so­wa­ny w małej piguł­ce, a pły­ta winy­lo­wa jest duża i ofe­ru­je zupeł­nie inne pasma prze­no­sze­nia dźwię­ku. Te z winy­la są nie­po­rów­ny­wal­ne z niczym innym, podob­nie jest z książką.

Sko­ro wra­ca­my do prze­szło­ści, powiedz w fina­le czy coś pozo­sta­ło Ci z architektury?

Książ­ki. I rysun­ki. Mam kole­gę, wybit­ne­go kar­dio­chi­rur­ga, któ­ry w mło­do­ści zgro­ma­dził więk­szość moich rysun­ków. Powie­dział… Ja je na wszel­ki wypa­dek zacho­wam, gdy­byś w przy­szło­ści był sław­ny… Pew­nie myślał, że zosta­nę sław­nym archi­tek­tem. Ha ha… A tu nie­ste­ty taki psikus…

Roz­ma­wia Jolan­ta Tokarczyk.

Publi­ka­cja powsta­ła w ramach Spo­łecz­nej kam­pa­nii edu­ka­cyj­nej Legal­na Kul­tu­ra Dofi­nan­so­wa­no ze środ­ków Mini­stra Kul­tu­ry i Dzie­dzic­twa Narodowego.

3 komentarze

napisz komentarz
  • Podzie­lam zda­nie wybor­cy. Jesz­cze tro­chę i będzie­my wybie­rać , małą księż­nicz­kę i księ­cia , lub zimo­we­go brzdą­ca MG.

  • Już chy­ba Pani Redak­tor nie ma o czym pisać. A może o bur­mi­strzu Dzie­ni­cy Włoch nr 2.

    • To raczej Ty nie bar­dzo posia­dłeś chęć a być może i umie­jęt­ność czy­ta­nia. Wywiad jest ciekawy.

KRONIKA POLICYJNA