Czuję za swój moralny obowiązek napisać kilka słów na temat ełckiego budżetu, wszak w latach 2002-2006 byłem z-cą prezydenta, a od 2010 r. jestem miejskim radnym.
Dług w samorządzie nigdy nie pojawia się nagle (!) Samorząd to nie kasyno, gdzie mając sporo kasy w banku, niemal z dnia na dzień możesz zostać bankrutem. W samorządzie dług rośnie latami. A w Ełku?
Pod koniec 2006 roku, Tomasz Andrukiewicz rozpoczął swoją prezydenturę, przejmując dług miasta w kwocie ok. 24 mln zł przy dochodach ogółem ok. 116 mln zł.
Od 2006 r. dług Ełku wzrósł 5-krotnie, przy 2,8-krotnym wzroście dochodów ogółem. Jeszcze gorzej wygląda to przy 2,3-krotnym wzroście dochodów z tytułu PIT, CIT, podatków i opłat lokalnych, z których to faktycznie można spłacać dług.
Jako człowiek studiujący niegdyś finanse i statystykę oraz zarządzanie organizacjami, a także od 36 lat kierujący pracą zespołową – kredyt w każdej działalności uważam za coś oczywistego. W samorządzie również – chociaż to „służba”, a nie „biznes” – koniecznym było przez ostatnie lata zadłużać się, aby wykorzystać europejską „rzekę funduszy”. We wszystkim jednak musi być zdrowy rozsądek i dalekowzroczna strategia. No, chyba że zdrowy rozsądek podpowiada: „bierz, kiedy dają”, a strategią jest „po nas choćby potop”.
Trudno mi się oprzeć wrażeniu, że w Ełku od jakiegoś już czasu mamy do czynienia z sytuacją, którą w przewrotny sposób można przyrównać do rodzica biegającego po kompleksie handlowym z gromadą kochanych dzieci i kartą kredytową współmałżonka. Wszędzie przeceny „świąteczne” o 50–80% krzyczą: – „Bierz mnie!!!”, a więc doskonała okazja do zakupów? To porównanie to oczywisty żart, ale czy na pewno?
Przez kilka ładnych lat przed gronem swoich przyjaciół i znajomych, wielokrotnie broniłem polityki inwestycyjnej miasta proponowanej przez włodarzy. Po prostu utożsamiałem się z nią, uznając jednocześnie, że zadłużenie jest na bezpiecznym poziomie.
Jednocześnie, w tym samym czasie, będąc w grupie lekko-opozycyjnej, trudno nam było przebić się ze swoimi wnioskami, które uznawaliśmy za priorytetowe. My byliśmy uparci, ale włodarze również.
Po raz pierwszy„żółte światełko” ostrzegawcze zapaliło mi się w 2012 roku, kiedy zacząłem upominać się o grupę najniżej zarabiających pracowników jednostek samorządowych (szkoły, przedszkola, żłobek). Nie chodziło mi o jakąś znaczną podwyżkę płac zasadniczych, lecz o systemowe wyróżnienie doświadczonych długoletnich pracowników, poprzez wyłączenie z płacy minimalnej ich dodatków stażowych. Przestrzegałem, że kiedyś ten „wrzód” pęknie, a koszty będą niewspółmiernie większe.
No i stało się.
Od 2020 roku – czy się włodarzom ełckim podoba, czy nie – to najniżej zarabiający pracownicy samorządowi zyskają dodatkowo po 870 zł miesięcznie. Wcześniej radny z ulicy Pięknej mógł sobie tylko pogadać i popisać wniosków wiele, ale z ustawą nie da się pogadać, a skutki mamy już w przyszłorocznym budżecie. Razem z innymi decyzjami parlamentu, skutków tych decyzji nazbiera się w 2020 roku łącznie kilkanaście mln zł.
Można się wściekać i tłumaczyć sobie, że „Koń narobił do studni, a koń nie mój”.
Co z tego narzekania i wytykania „winowajcom”, skoro „studnia jest moja”. Gdyby z szacunkiem traktowano pracę pracowników, a nie przedkładano ponad nich przysłowiowe „betony” i „jasełka”, to dzisiaj ból (wiadomo czego) byłby znacznie mniejszy.
Po raz drugi „żółte światełko” ostrzegawcze zapaliło mi się w 2017 roku, kiedy kilku z nas radnych (Łączy nas Ełk) zawnioskowaliśmy o bezpłatne bilety MZK dla dzieci i młodzieży szkolnej. Naiwnie wierzyliśmy, że to się nam uda, bo „Karta ucznia”, bo już „zaraz, zaraz”, no i temat wylądował na śmietniku innych wniosków. Od zawsze twierdzę, że wśród wszystkich spraw najważniejszy jest człowiek! Środek ciężkości wydatków samorządowych powinien koncentrować się wokół „chleba”, a nie wokół„igrzysk”.
Trzecie„żółte światełko” ostrzegawcze zapaliło mi się pod koniec 2018 roku, kiedy nie spłaciwszy długu sprzed 10 lat, weszliśmy w kolejne obligacje i zaczęliśmy wspinać się do poziomu prawie 100 mln zł zadłużenia miasta. Od tego czasu, już około 40 razy na komisjach i na sesjach rady miasta Ełku, głosuję „przeciw” wieloletniej prognozie finansowej miasta, ponieważ w tym właśnie dokumencie zawsze podawane jest zadłużenie Ełku.
Nie twierdzę jednoznacznie, że owo zadłużenie jest niebezpiecznie wysokie. Ale na wielokrotnie zadawane przeze mnie pytanie: Jaki jest bezpieczny poziom zadłużenia – odpowiedzi dotychczas nie otrzymałem. Coraz częściej więc myślę, że władza może nie znać albo nie chcieć znać odpowiedzi na powyższe pytanie. Jedna i druga odpowiedź jest fatalna (brak odpowiedzi również).
15 listopada 2019 r. poznaliśmy projekt budżetu na 2020 rok. W tym zadłużenie Ełku na poziomie 118,85 mln zł.
Wtedy właśnie zapaliło mi się czerwone światełko. STOP!!!
Po zsumowaniu wszystkich rat kapitałowych oraz kosztów odsetek od tych rat, faktyczne zadłużenie Ełku to ponad 155 mln zł.
W oficjalnym dokumencie przedstawionym radzie miasta, włodarze wskazują deficyt budżetowy i źródła jego sfinansowania w sposób następujący – źródłem pokrycia deficytu budżetowego w wysokości 33.504.622 zł są przychody pochodzące: z emisji obligacji komunalnych – 32.300.000 zł, […]. Znaczy to nic innego jak rolowanie długu!
Wprawdzie brak jest definicji formalno-prawnej dla określenia „rolowanie długu publicznego”, ale upraszczając, można stwierdzić, iż jest to spłata „długu starego” poprzez zaciągnięcie „długu nowego”.
Należy podkreślić, że każde rolowanie długu, a tym bardziej długu publicznego – rodzi ryzyko, które stanowi podstawę działań operacyjnych i strategicznych.
To jeszcze nie jest wszystko.
W projekcie budżetu na 2020 rok jest jeszcze jeden „myk”.
Otóż spłatę rat kapitałowych wykupu obligacji wyemitowanych w latach 2010-2018 planuje się przesunąć z lat 2021-2026 na lata 2030-2034. Oznacza to, że polityka kredytowa obecnie panującej władzy samorządowej w Ełku, ma następujące skutki: 75 mln zł będzie spłacać następna ełcka władza, ponieważ obecna może rządzić tylko do 2028 roku, lub jeszcze gorzej: 123 mln zł będzie spłacać następna władza, jeżeli w 2023 roku obecna władza nie wystartuje w wyborach lub te wybory przegra. No cóż. Niektórzy nadal chwalą Gierka.
Rozumiem, że władza w samorządzie się zmienia i następcy przejmują zobowiązania poprzedników.
To jest naturalna kolej rzeczy, o ile proporcje pozostawionego do spłaty zadłużenia są rozsądne lub – jak ktoś woli – przyzwoite. Jeżeli zarządzając miastem przez 15 lat, do 2021 roku emituje się obligacje na łączną kwotę 157 mln zł i dla następców zostawia się do spłacenia 117 mln zł (tj. 75%), to chyba coś tu jest nie tak…
Nadal próbuję dociec, skąd ten pomysł, aby spłatę 21,5 mln zł kredytu (wykup obligacji) przesunąć aż tak daleko w czasie? Próbowałem sam to wyliczyć, zrozumieć i ocenić. Pomimo oczywistych uprawnień radnego do informacji publicznej, współpraca ze skarbnikiem przy „ogarnięciu” przeze mnie tematu – ku memu zaskoczeniu – należy do dziwnie trudnych. Na zadane pytanie otrzymałem „odbitą piłeczkę” z przesłaniem – „sam sobie poszukaj”. Można to odebrać w różny sposób. Może jest tu po prostu tzw. drugie dno? Np. żeby radny nie „dokopał się” do czegoś? Irytujące jest to i dziecinne, ale ja wiem swoje, że matematyki i logiki nie da się oszukać i prawda wyjdzie wcześniej czy później. Jeżeli jeszcze w starej WPF planowało się w 2023 roku wykupić obligacje (tj. spłacić dług) w kwocie 10,5 mln zł, a w nowym planie w 2023 roku jest „0” obligacji do wykupienia, to wniosek jest prosty. W 2023 roku miasto Ełk nie ma zdolności spłaty zaciągniętego długu! Dlaczego? Ponieważ nie dokonując tego przesunięcia spłaty długu, nie spełnia się wymogu ustawowego, określonego algorytmem w ustawie o finansach publicznych.
I to nie jest domniemanie. To jest fakt! A to jest dopiero początek problemu z zadłużeniem miasta.
Któż to wie, ile jeszcze obligacji zmuszeni będziemy wyemitować? Czy ten swoisty „rolling-dług-coaster” właśnie nabiera tempa? Dla obecnej władzy nie ma to kapitalnego znaczenia, bo i tak w 100% to wszystko spłacać będzie następna władza samorządu ełckiego. Na zakończenie kilka słów o odpowiedzialności (zbiorowej również).
Pewnie mam słabą pamięć albo z moim słuchem już nie jest tak dobrze, ale jakoś nigdy nie słyszałem, aby dzisiejsza ełcka władza samorządowa – przy okazji przecinania wstęg wielu, albo w przemówieniach publicznych – zająknęła się, choć słowem o dokonaniach swoich poprzedników. Narracja obecnej władzy samorządowej sprowadza się do prostego przekazu, jakby Ełk samorządowy zaczął być budowany po 2006 roku. Czyżby sukces w Ełku miał tylko jednego ojca?
Zupełnie inaczej jest z odpowiedzialnością. Ta z kolei zawsze jest zbiorowa. To przecież radni (nie włodarze) uchwalają wszystkie budżety i akceptują kredyty/obligacje. To ełccy radni są winni tak dużemu zadłużeniu miasta. Mogli przecież nie wyrażać zgody na kolejne transze emisji obligacji. Mogli? Mogli! Jak więc można by zmierzyć, w przypadku nietrafionych decyzji, odpowiedzialność włodarzy i radnych? Komu należą się większe słowa krytyki? Włodarzom, czy radnym? Prezydent przedkłada projekty uchwał (proponuje), a Rada Miasta je uchwala (decyduje).
Prezydent Ełku jest jeden, ale nadzoruje pracę ok. 200 pracowników (tylko w urzędzie!), wydając im bezpośrednio lub pośrednio polecenia, precyzując swoje oczekiwania i priorytety. Ma niczym nieskrępowane prawo do decydowania i dobierania sobie współpracowników/doradców z tych najzdolniejszych, najmądrzejszych i najpracowitszych. Około 200 intelektów tworzy dokumenty, a na końcu i tak prezydent decyduje o tym, co trafia na salę obrad rady miasta.
Radnych Miasta Ełku jest 23. Żaden z nich nie ma jednak ani armii pracowników, którzy mogliby przetworzyć i zweryfikować dokumentację przedkładaną przez prezydenta, ani też nie dysponuje wszystkimi informacjami źródłowymi, które leżą u podstaw tworzenia projektów uchwał. Każdy z radnych może zadawać pytania, zwracać się o informacje, które i tak przygotowuje „armia prezydenta”. Najczęściej radni po prostu ufnie polegają na dokumentach składanych przez prezydenta wraz z uzasadnieniem przygotowanym przez urzędników.
To, że niektórzy radni w zaciszach klubowych pomieszczeń mogą być „stawiani do pionu” i „łamani kołem” (aby na sesjach szable sterczały na sztorc w czasie głosowań), nie ma tu nic do rzeczy. Zawsze wszystkie strony ponoszą odpowiedzialność przed Ełczanami. I włodarze i radni (!) Tyle tylko, że w ełckim samorządzie, w ocenie zwolenników włodarzy – sukces ma jednego ojca, a porażka przypisana jest dla 12 rajców. A skoro tak, to zasadnym jest pytanie postawione w tytule Quo vadis prezydencie?
Krzysztof Wiloch –radny miasta Ełku