Strona główna » Rozmowy kontrolowane » Wywiad z Maciejem Stuhrem. „Sala samobójców. Hejter” to fikcja dogoniona przez życie
Rozmowy kontrolowane

Wywiad z Maciejem Stuhrem. Sala samobójców. Hejter” to fikcja dogoniona przez życie

© Fot Jaroslaw Sosinski / NAIMA FILM, OPERATOR Radek Ładczuk, PRODUCENT NAIMA FILM, REZYSER Jan Komasa
– Byliśmy przerażeni widząc, jak nasz film wyprzedził prawdziwą tragedię – mówi Maciej Stuhr, odtwórca roli polityka Pawła Rudnickiego w filmie „Sala samobójców. Hejter”. Z aktorem rozmawia Joanna Sławińska.

Jan Koma­sa nie po raz pierw­szy wpi­su­je się swym naj­now­szym fil­mem, w taki nurt pol­skie­go kina, któ­re nie­sie waż­ny prze­kaz. Tym razem reży­ser odno­si się do aktu­al­nych zja­wisk zwią­za­nych z moż­li­wo­ścia­mi inter­ne­tu i jego wpły­wem na życie publicz­ne. Pan w Sali samo­bój­ców. Hej­ter”, zagrał wyra­zi­ście i wia­ry­god­nie, zło­żo­ną postać czło­wie­ka, któ­ry oba­wia się ujaw­nić publicz­nie pewien waż­ny ele­ment swe­go życia. Jest kan­dy­da­tem na pre­zy­den­ta mia­sta, któ­ry jeśli chce wygrać, musi się odna­leźć w realiach. Czym dla Pana jest udział w tym filmie?

Przede wszyst­kim, jest spo­tka­niem z Jan­kiem Koma­są, któ­ry od swo­je­go debiu­tu przy­kuł moją uwa­gą jako nie­zwy­kle cie­ka­wy arty­sta, mają­cy coś nowe­go do powie­dze­nia, znaj­du­ją­cy nową for­mę nawią­za­nia poro­zu­mie­nia z mło­dą publicznością.

Po dru­gie, jestem czło­wie­kiem, któ­re­go hejt nie omi­nął w życiu, cho­ciaż przez wie­le lat się przed nim strze­głem… aż tu nagle! No i temat, któ­ry wart jest nie­jed­ne­go fil­mu i dys­ku­sji, a myślę, że teraz, za spra­wą Jan­ka Koma­sy, powró­ci w roz­mo­wach i w reflek­sji o tym, do cze­go zmie­rza­my, czym jest inter­net, jakie zagro­że­nia może stwa­rzać, jakie potrze­by ludz­kie zaspo­ka­ja, dla­cze­go wycią­ga z nie­któ­rych ludzi to, co najgorsze.

Rze­czy­wi­ście coraz bar­dziej uświa­da­mia­my sobie te zagro­że­nia. Ale obser­wu­ję Pana wpi­sy na Face­bo­oku, jest Pan aktyw­ny. Z jakie­go powodu?

Jestem, od cza­su do cza­su. Jak mnie coś roz­śmie­szy albo roz­zło­ści, to komu­ni­ku­ję się w ten spo­sób z moją widow­nią, a bywa tak, że moje posty nie żyją tyl­ko na mojej ścia­nie, są udo­stęp­nia­ne, to się roz­cho­dzi w postę­pie geo­me­trycz­nym. Cza­sa­mi mój nie­win­ny żart jest nad­in­ter­pre­to­wa­ny na wszyst­kie moż­li­we spo­so­by, co mnie zadzi­wia i nie­kie­dy powstrzy­mu­je od zbyt­niej aktyw­no­ści w sieci.

Rze­czy­wi­ście jest to olbrzy­mie zja­wi­sko wir­tu­al­nej rze­czy­wi­sto­ści, któ­ra dla nie­któ­rych sta­je się głów­ną rze­czy­wi­sto­ścią. Nie­sie wie­le dro­go­cen­nych moż­li­wo­ści. Kie­dyś zna­jo­ma potrze­bo­wa­ła bar­dzo rzad­kiej gru­py krwi dla swo­je­go dziec­ka, napi­sa­łem post i po 2 godzi­nach krew była w szpi­ta­lu, więc uży­cie tej for­my prze­ka­zu może nawet rato­wać życie. Ale też nie mam pro­ble­mu wyobra­zić sobie, że jakiś post, czy twe­et pre­zy­den­ta – jed­ne­go czy dru­gie­go – wywo­ła kie­dyś woj­nę. Albo sta­nie się to przez fej­ko­wy post, wykre­owa­ny przez złych ludzi, albo ludzi inte­re­su, albo nawet jakie­goś bota.

Z dru­giej stro­ny spo­łecz­no­ści zwo­łu­ją się w inter­ne­cie, np. Wio­sna Ludów w kra­jach arab­skich była moż­li­wa dzię­ki temu. Róż­ne pro­te­sty ludzi, akcje są zwo­ły­wa­ne w inter­ne­cie. Zja­wi­sko jest rze­czy­wi­ście dia­bo­licz­ne, nie­obli­czal­ne w skut­kach, pozy­tyw­ne i nega­tyw­ne. W Sali samo­bój­ców. Hej­ter” według sce­na­riu­sza Mate­usza Pace­wi­cza mamy do czy­nie­nia z pię­tro­wym hej­tem budo­wa­nym już przez agen­cję. Boha­ter z wyko­naw­cy zle­ceń sta­je się wręcz kre­ato­rem hej­ter­skich ata­ków wobec ludzi, wyróż­nia się pomy­sło­wo­ścią. W tym wła­śnie fil­mie Pana postać zosta­je bar­dzo moc­no dotknię­ta hej­tem, docho­dzi do tra­ge­dii. Jak budo­wa­li­ście z reży­se­rem postać kan­dy­da­ta na pre­zy­den­ta, Pawła?

Dużo roz­ma­wia­li­śmy z Jan­kiem o tym, za jakim poli­ty­kiem tęsk­ni­my i jakie­go chcie­li­by­śmy mieć. Jak sobie już mniej wię­cej to wymy­śli­li­śmy, to zaczę­li­śmy się zasta­na­wiać jakie pułap­ki cze­ka­ły­by na taką postać. Nie tyl­ko pułap­ki pla­no­wa­ne przez jego wro­gów, ale też pułap­ki, któ­re sam na sie­bie zasta­wia i w nie wpada.

Wie­my nie od dziś, jak trud­nym i brud­nym zaję­ciem jest poli­ty­ka, jak wie­le zaku­li­so­wych spraw się musi toczyć, jak czę­sto trze­ba odcho­dzić od swo­ich prze­ko­nań na rzecz poli­ty­ki. I nawet czę­sto ci, któ­rzy wyda­ją się naj­bar­dziej ide­owi, nie są od tego wol­ni – potem oka­zu­je się, że za tym sta­ły pie­nią­dze albo że ktoś się prze­far­bo­wał, był naro­dow­cem, jest teraz naj­więk­szym lewa­kiem”, a była kan­dy­dat­ka lewi­cy na pre­zy­den­ta jest nagle dra­pież­ną ultra­pra­wi­co­wą dzien­ni­kar­ką itd. Widzi­my, że to wszyst­ko są jakieś inte­re­sy, tra­ci­my już tro­chę roze­zna­nie. A naj­gor­szym tego efek­tem jest to, że tra­ci­my zaufa­nie. Prze­sta­je­my w ogó­le wie­rzyć w cokol­wiek. Wstrzą­snął mną repor­taż po tra­ge­dii na Gie­won­cie, kie­dy ludzi pora­ził pio­run i pyta­no TOPR – owców: Cze­mu żeście tych ludzi tam nie zatrzy­my­wa­li?” A oni mówi­li, że zatrzy­my­wa­li, mówi­li: Nie idź­cie, bo ude­rzy w was pio­run”. To przy­kład tego, że dzi­siaj ludzie stra­ci­li zaufa­nie do jakich­kol­wiek racjo­nal­nych nawet ostrze­żeń, chcą się prze­ko­nać na wła­snej skó­rze, bo tyl­ko wte­dy się dowie­dzą. No i nie­któ­rzy się dowie­dzie­li ostatecznie.

Ma Pan wra­że­nie, że poli­ty­ka sta­ła się bar­dziej cynicz­na niż była kiedyś?

Cynicz­na była zawsze i te mecha­ni­zmy ist­nia­ły jak świat świa­tem, nato­miast dziś każ­dy ma dostęp do całej wie­dzy naszej pla­ne­ty. Mogę wycią­gnąć komór­kę i odpo­wie­dzieć pani w 10 sekund na naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne pyta­nie. Z jed­nej stro­ny to bło­go­sła­wień­stwo, z dru­giej – o czym mówi­ła Olga Tokar­czuk w swo­jej mowie noblow­skiej – widzi­my, że świat nie sta­je się przez to lep­szy. A ilość tej wie­dzy powo­du­je, że jeste­śmy ska­za­ni na bez­u­stan­ną selek­cję zale­wa­ją­cych nas infor­ma­cji. Znaj­du­jąc jakiś news, któ­ry nam wyska­ku­je na Face­bo­oku, czy jakimś por­ta­lu, po pierw­sze musi­my oce­nić, czy jest on praw­dzi­wy, a jeste­śmy wycho­wa­ni w kul­tu­rze tego, że publi­ka­cja bar­dziej jest praw­dzi­wa niż nie­praw­dzi­wa. […] Musi­my doko­nać oce­ny tej infor­ma­cji, któ­ra nas niepokoi.

Jesz­cze za cza­sów mojej mło­do­ści ist­nia­ły pew­ne wyrocz­nie, auto­ry­te­ty, media, któ­re doko­ny­wa­ły za nas selek­cji tych infor­ma­cji: CNN, BBC, wia­do­mo­ści tele­wi­zyj­ne, gaze­ty, któ­re jed­nak z tego gąsz­czu wyła­wia­ły rze­czy praw­dzi­we, istot­ne, napraw­dę waż­ne. Dzi­siaj każ­dy tej wery­fi­ka­cji musi doko­nać sam, no i kło­po­ty gotowe.

Powie­dział Pan, że może w cią­gu 10 sekund odpo­wie­dzieć na każ­de pyta­nie zaglą­da­jąc do inter­ne­tu, ale jak Pan dosko­na­le wie, jako psy­cho­log z wykształ­ce­nia, na naj­waż­niej­sze, egzy­sten­cjal­ne pyta­nia nie dosta­nie­my odpo­wie­dzi tak szyb­ko. Jeśli mamy zalew tych infor­ma­cji, w dużej mie­rze nie­po­ko­ją­cych, następ­nie pod­wa­ża­nych, to gdzie szu­kać sen­su? Gdzie Pan znaj­du­je sens?

Ja go znaj­du­ję u moje­go syn­ka naj­wię­cej. Zaraz po naszej roz­mo­wie pój­dę do domu, przy­tu­lę go, poba­wię się z nim i zro­bię mu obiad – wte­dy będę wie­dział, jaki jest sens. Żeby­śmy się kocha­li, żeby­śmy wal­czy­li o lep­szy świat dla nie­go i jego przy­szłe­go potom­stwa. Banal­ne, ale nie mam co do tego żad­nych wątpliwości.

Sen­sem moje­go życia jest moja rodzi­na i przy­ja­cie­le, ludzie i zwie­rzę­ta, przy­ro­da, wokół któ­rej żyję.

Dopie­ro póź­niej idzie aktor­stwo, któ­re coraz mniej mnie inte­re­su­je, bo zakosz­to­wa­łem ostat­nio reży­se­rii fil­mo­wej i teatral­nej. To ma więk­szy sens od aktor­stwa. Aktor­stwo jest bar­dzo pięk­ne, jest nie­zwy­kle deli­kat­nym bytem – mówię o rolach, któ­re się poja­wia­ją i zni­ka­ją, są lep­sze i gor­sze, cza­sa­mi dana rola jed­ne­go wie­czo­ru w teatrze jest lecą­ca pod chmu­ry, a dru­gie­go dnia jest bar­dziej przy­ziem­na. Aktor­stwo przy­po­mi­na pięk­ny kwiat, któ­ry zakwi­ta lub nie, a reży­se­ria przy­po­mi­na bar­dziej pra­cę ogrod­ni­ka, któ­ry nawo­zi zie­mię, orze ją z płu­giem, musi się nagno­ić w tych eks­kre­men­tach, któ­ry­mi użyź­nia zie­mię, wymy­śla, gdzie posa­dzić ten kwiat, jak go pod­le­wać, jakie warun­ki mu zapew­nić. Potem ten kwiat zakwi­ta, a ogrod­nik stoi z boku i patrzy.

© Fot Jaro­slaw Sosin­ski / NAIMA FILM, OPERATOR Radek Ład­czuk, PRODUCENT NAIMA FILM, REZYSER Jan Koma­sa Danu­ta Sten­ka Jacek Koman„Maciej Stuhr ,

 

Jest Pan świe­żo po pre­mie­rze reży­se­ro­wa­nych przez sie­bie Innych ludzi” Doro­ty Masłow­skiej, z udzia­łem studentów.

To spek­takl dyplo­mo­wy stu­den­tów IV roku Aka­de­mii Sztuk Teatral­nych we Wro­cła­wiu. Z Doro­tą Masłow­ską czu­łem się zwią­za­ny wła­ści­wie od jej debiu­tu, to bar­dzo bli­ska mi autor­ka, poprzez zaba­wy z języ­kiem pol­skim, inte­li­gen­cję i nie­zwy­kłe poczu­cie humo­ru. A te wszyst­kie histo­rie, któ­re są tak śmiesz­ne, są też pod­szy­te wiel­ką tra­ge­dią, czu­ło­ścią w sto­sun­ku do boha­te­rów, i doj­mu­ją­co smut­ne. Mój tato, któ­ry widział pró­bę gene­ral­ną, zacy­to­wał sło­wa z Wese­la” Wyspiań­skie­go: histo­ria weso­ła, a ogrom­nie przez to smutna”.,

Akto­rzy narze­ka­ją, że jeśli cho­dzi o aktor­stwo fil­mo­we, to nie bar­dzo mają wpływ na całość, w prze­ci­wień­stwie do aktor­stwa teatral­ne­go – bo nie wie­dzą co zosta­nie z ich kre­acji po montażu.

Jesz­cze 2 mie­sią­ce temu, gdy­bym był zmu­szo­ny do odpo­wie­dzi na to, czy czu­ję się bar­dziej czło­wie­kiem fil­mu czy teatru, to pew­nie bym odpo­wie­dział, że fil­mu. I jest to rze­czy­wi­ście fascy­nu­ją­ca przy­go­da, przy czym teraz, po moim debiu­cie jako reży­se­ra teatral­ne­go zauwa­żam, że jed­nak film jest nie­zwy­kle ogra­ni­czo­ny do tech­nicz­ne­go aspek­tu – ope­ra­tor­skie­go, mon­ta­żo­we­go itd. – i jeże­li się nie speł­ni tych wszyst­kich ele­men­tów, to film zaczy­na się sypać, jest gorszy.

Nato­miast w teatrze gra­ni­cą jest wyłącz­nie wyobraź­nia, o czym ponow­nie się prze­ko­na­łem i uwie­rzy­łem w teatr na nowo. Po raz trze­ci czy czwar­ty w życiu, poko­cha­łem teatr bar­dzo moc­no, bo na sce­nie wszyst­ko moż­na. Oczy­wi­ście świa­tło, muzy­ka i sce­no­gra­fia też są waż­ne, jak w kinie, ale łatwiej nad nimi zapa­no­wać i zro­bić dokład­nie taki spek­takl, jak się chcia­ło. Jak się jesz­cze ma do czy­nie­nia z mło­dzie­żą, któ­ra ze swo­im entu­zja­zmem, pory­wem i wiel­ki­mi emo­cja­mi rzu­ca się w to jak żaden inny zespół zawo­do­we­go teatru, przyj­mu­jąc wszyst­ko z nadzie­ją i opty­mi­zmem, to bie­rze­my udział w świet­nej przygodzie.

Gdzie moż­na było i będzie jesz­cze ten spek­takl zobaczyć?

W dużej sali szko­ły aktor­skiej we Wro­cła­wiu, przy ul. Bra­ni­bor­skiej, ale z pew­no­ścią też w Łodzi na Festi­wa­lu Szkół Teatral­nych w maju i, mam nadzie­ję, uda nam się ten spek­takl poka­zać w sto­li­cy, może jesz­cze gdzieś, per­trak­ta­cje się już roz­po­czę­ły. Naszym naj­więk­szym marze­niem jest, żeby ten spek­takl zago­ścił w reper­tu­arze pro­fe­sjo­nal­ne­go teatru na sta­łe, żeby nam za rok nie znik­nął z afisza.

Czy myśli Pan iść teraz w kie­run­ku reżyserii?

Jako aktor czu­ję się czło­wie­kiem bar­dzo speł­nio­nym i z pew­no­ścią będę dalej grał, ponie­waż to uwiel­biam, kocham, i jest to moim prze­zna­cze­niem, nato­miast ta przy­go­da reży­ser­ska zde­cy­do­wa­nie posze­rzy­ła moje hory­zon­ty, zelek­try­zo­wa­ła mnie na nowo, odmło­dzi­ła. Poczu­łem moty­le w brzu­chu i entu­zjazm i nowe połą­cze­nia neu­ro­nów w gło­wie, któ­rych już daw­no nie czułem.

Na razie jestem wypru­ty, powiem brzyd­ko, po pre­mie­rze i nie czas w tej chwi­li myśleć o nowych pro­jek­tach, ale słod­ko ten owoc sma­ko­wał, więc kto wie?

Zakosz­to­wał Pan też reży­se­rii fil­mo­wej i rów­nież w pra­cy z młodzieżą.

Tym razem ze stu­den­ta­mi w War­sza­wie, z któ­ry­mi pra­cu­ję od paru lat i uda­ło nam się już nakrę­cić czte­ry 30 – minu­to­we fil­my, trzy z nich są już do obej­rze­nia na moim kana­le YouTu­be Maciej Stuhr to kanał”: Mil­cze­nie pol­skich owiec”, Ding dong” oraz Krwa­wy dzie­kan”, bo i hor­ror nakrę­ci­li­śmy. A nasz naj­now­szy film, czy­li II sym­fo­nia na wio­lon­cze­lę i orkie­strę” do wiel­kie­go dzie­ła Paw­ła Mykie­ty­na, film nie­my, eks­pe­ry­men­tal­ny, tyl­ko do muzy­ki, jesz­cze powal­czy tro­chę na festi­wa­lach i potem znaj­dzie się w sie­ci, a wszyst­kie czte­ry wyj­dą na DVD wyda­ne przez Kino Świat.

Każ­dy z tych fil­mów jest jakąś wpraw­ką, eks­pe­ry­men­tem – razem z moim ope­ra­to­rem Macie­jem Puczyń­skim posta­no­wi­li­śmy każ­dy z tych fil­mów zro­bić w innej kon­wen­cji, w innym gatun­ku. Mil­cze­nie pol­skich owiec” to taki typo­wy film kawiar­nia­nosto­li­ko­wy, Jim Jar­musch z Kawą i papie­ro­sa­mi” był nam bli­ski przy powsta­wa­niu tej etiu­dy. Z kolei Ding dong” to kome­dia, może bar­dziej w sty­lu Juliu­sza Machul­skie­go, o elik­si­rze mło­do­ści, któ­ry nagle zadzia­łał na parę uro­czych staruszków.

Krwa­wy dzie­kan” to pastisz hor­ro­ru dzie­ją­cy się w szko­le teatral­nej, gdzie stu­den­ci, mło­dzi adep­ci aktor­stwa muszą wal­czyć o życie swo­im aktor­stwem, bo ina­czej tajem­na siła ich zabi­ja, a jak źle gra­ją … to zabi­ja widzów, więc jest potwor­na tra­ge­dia! Nato­miast II kon­cert na wio­lon­cze­lę i orkie­strę” to chy­ba naj­po­waż­niej­sza pro­po­zy­cja, eks­pe­ry­men­tal­na i tro­chę arty­stycz­na, bar­dzo fra­pu­ją­cy temat, któ­ry zaczerp­ną­łem z repor­ta­żu prze­czy­ta­ne­go w Dużym For­ma­cie” o mło­dym czło­wie­ku, któ­re­go życie po wyle­wie krwi do mózgu zmie­nia się dia­me­tral­nie i zosta­je uwię­zio­ny w swo­im cie­le, ale za spra­wą tech­no­lo­gii – zresz­tą pol­skiej – zwa­nej Cyber–Okiem zaczy­na się komu­ni­ko­wać ze świa­tem. Tą dro­gą dowia­du­je­my się o jesz­cze więk­szym nie­szczę­ściu, któ­re mu towa­rzy­szy. Poważ­niej­sza wypo­wiedź, ale wal­czy­my, uczy­my się, pró­bu­je­my róż­nych form.

Wróć­my do Sali samo­bój­ców. Hej­ter”, fil­mu, któ­ry 6 mar­ca wszedł do kin, a obec­nie moż­na już legal­nie obej­rzeć go w sie­ci. We wrze­śnio­wym wywia­dzie w ubie­głym roku https://legalnakultura.pl/pl/czytelnia – kulturalna/rozmowy/news/3345,jan – koma­sa – nie – zaj­mu­je – sta­no­wi­ska – robie – fil­my, Janek Koma­sa powie­dział mi, że wyda­rzy­ły się nie­wy­obra­żal­ne zbie­gi oko­licz­no­ści. Mówił o tym, że zdję­cia zakoń­czy­ły się 22 grud­nia, kil­ka tygo­dni przed zabój­stwem Paw­ła Ada­mo­wi­cza, a fil­mo­wy kan­dy­dat na pre­zy­den­ta, któ­ry zosta­je zamor­do­wa­ny, ma na imię Paweł. Zabój­ca w fil­mie – któ­ry, pod­kreśl­my, był nakrę­co­ny przed tym wyda­rze­niem, o sce­na­riu­szu nie wspo­mi­na­jąc – ma na imię Ste­fan, tak samo, jak zabój­ca Paw­ła Ada­mo­wi­cza. Jan Koma­sa wspo­mniał rów­nież w tym­że wywia­dzie, że pier­wot­na, zapi­sa­na w doku­men­tach, data pre­mie­ry fil­mu, to był 13 stycz­nia (zamach na Ada­mo­wi­cza miał miej­sce 13 stycz­nia), ta data aku­rat się zmie­ni­ła. Co Pan o tym myśli, co Pan poczuł, kie­dy się dowie­dział o tych zbieżnościach?

To się wymy­ka osą­do­wi w ogó­le, cóż o tym myśleć, tyl­ko ciar­ki czuć na ple­cach. Pamię­tam jak w ten tra­gicz­ny dla pre­zy­den­ta Gdań­ska dzień, sie­dzia­łem przy­ku­ty do tele­wi­zo­ra… Nie wie­rzy­łem wła­snym oczom i tyl­ko wymie­nia­łem SMS – y z Jan­kiem: czy ty to widzisz?”, a on tak samo przy­ku­ty do swo­je­go tele­wi­zo­ra, pisał, że to jest nie­by­wa­łe. Byli­śmy zszo­ko­wa­ni tym, jak fik­cja zosta­ła dogo­nio­na przez życie, a nawet to życie wyprzedziła.

[…] Bo myśmy krę­ci­li poli­ti­cal-fic­tion, a tu nagle się oka­zu­je, że to nie była fik­cja, że to nie tyl­ko mogło­by się przy­da­rzyć, ale to się sta­ło, i to na naszych oczach. […] I tu muszę pani powie­dzieć, że myśmy w pierw­szym odru­chu po tra­ge­dii w Gdań­sku byli prze­ra­że­ni, nie tyl­ko tą tra­ge­dią, ale też tym, jak ten film zosta­nie ode­bra­ny, czy on nagle nie zyska jakichś aspek­tów, któ­rych byśmy nie chcie­li. Była oba­wa, że ktoś nas może posą­dzić o to, że wyko­rzy­stu­je­my to co się wyda­rzy­ło, bo film widzo­wie obej­rzą póź­niej. Nie­praw­do­po­dob­na sytu­acja, nie do wymyślenia.

I dla­te­go mów­my wyraź­nie, kie­dy ta histo­ria zosta­ła wymy­ślo­na – dużo wcze­śniej niż miał miej­sce histo­ria pre­zy­den­ta Gdań­ska, i tra­gicz­ne jest dla nas to, że fan­ta­zja Mate­usza Pace­wi­cza, sce­na­rzy­sty Hej­te­ra”, pokry­ła się z rzeczywistością.

Chciał­by pan mieć takie­go pre­zy­den­ta jak pana boha­ter z Sali Samo­bój­ców. Hej­te­ra”, Paweł Rudnicki?

Wyobra­zi­li­śmy sobie takie­go ide­al­ne­go kan­dy­da­ta, któ­ry też ma swo­je sła­bo­ści, któ­ry musi iść na kom­pro­mi­sy. To skła­nia do pytań, gdzie jest ten moment, w któ­rym ten super­czło­wiek być może będzie super­po­li­ty­kiem, a być może skoń­czy tak, jak więk­szość koń­czy, jako cynicz­ny gracz.

Oczy­wi­ście było to nasze wyobra­że­nie na temat tego, jakie­go byśmy chcie­li mieć pre­zy­den­ta, a z dru­giej stro­ny mie­li­śmy na uwa­dze rze­czy­wi­stość – czym poli­ty­ka jest i jak trud­nych trze­ba doko­ny­wać wybo­rów, jak trze­ba cza­sem zaprze­czać same­mu sobie w tym fachu, bo nie da się chy­ba ina­czej. Mie­sza­ni­na ide­owo­ści, pra­cy, kunk­ta­tor­stwa, ukła­dów i real­ne­go wpły­wu na bieg zda­rzeń. I szczę­ścia. Tak jak aktor czy reży­ser musi mieć szczę­ście do tego, żeby zna­leźć tekst, part­ne­rów, tra­fić w swój czas itd., tak myślę, że wybit­ny poli­tyk musi mieć szczę­ście do tego, żeby móc zre­ali­zo­wać swo­ją wizję, a te kom­pro­mi­sy, któ­re podej­mu­je, żeby były jak naj­mniej kosz­tow­ne moralnie.

Jak Pan prze­ska­ku­je z ról kome­dio­wych do poważ­nych i nie tra­ci wia­ry­god­no­ści? Z jed­nej stro­ny jest współ­pra­ca z Krzysz­to­fem War­li­kow­skim w teatrze, a z dru­giej kome­die fil­mo­we dla maso­we­go widza. Nie ma cze­goś takie­go, że już taki jest Pan śmiesz­ny i zabaw­ny, że jak wcho­dzi na sce­nę w dra­ma­cie, to się wszy­scy śmie­ją – a to jest, myślę, kosz­mar dla akto­ra. W poważ­nym fil­mie Jan­ka Koma­sy gra Pan jed­ną z naj­lep­szych swo­ich ról. W sumie w swym życiu zawo­do­wym nie dał się Pan zaszufladkować.

Chy­ba zda­ję się na moją intu­icję i speł­niam swo­je marze­nia, bo moim marze­niem było zostać jak naj­bar­dziej wszech­stron­nym akto­rem. Uwiel­bia­łem roz­śmie­szać ludzi i do dzi­siaj uwiel­biam, zaczy­na­łem od kaba­re­tu i kome­dii i do dzi­siaj jak ktoś przy­cho­dzi do mnie ze śmiesz­nym sce­na­riu­szem, to ma fory od razu, jeże­li tekst jest napraw­dę śmieszny.

Nato­miast od począt­ku byłem abso­lut­nie prze­ko­na­ny, że chcę być też akto­rem dra­ma­tycz­nym, jestem wycho­wa­ny na Teatrze Sta­rym w Kra­ko­wie, na tym wspa­nia­łym poko­le­niu arty­stów teatru, do któ­re­go nale­ży mój tato. Wie­dzia­łem, że bez tego nie będę się czuł do koń­ca speł­nio­ny i szczę­śli­wy. Już na samym począt­ku, po moich przy­go­dach kaba­re­to­wych i po roli w Fuk­sie” i Chło­pa­ki nie pła­czą”, posze­dłem do szko­ły aktor­skiej i zamkną­łem się tam na 3 lata, ćwi­cząc warsz­tat akto­ra teatral­ne­go, odło­ży­łem na pół­kę wszyst­kie bar­dzo cie­ka­we pro­po­zy­cje fil­mo­we i tele­wi­zyj­ne, kolej­nych kome­dii i seria­li, bo chcia­łem spró­bo­wać cze­goś inne­go. Sze­dłem za tą intu­icją i ona mnie rzad­ko zawo­dzi­ła, do dziś tak kie­ru­ję swo­ją dro­gą, żeby tę wszech­stron­ność zachowywać.

Teraz są te nowe przy­go­dy reży­ser­skie, któ­re otwie­ra­ją nowy roz­dział w moim życiu. To wszyst­ko wyni­ka z reali­za­cji pew­ne­go pla­nu i marze­nia. Nie jest to kunk­ta­tor­stwo, raczej idę za intu­icją i roz­wa­żam, czy dana rola, dany pro­jekt spo­wo­du­je, kim będę za 5 czy 10 lat, czy mi pomo­że, czy mi zaszko­dzi. To jest mój głów­ny klucz – jak patrzę z takiej per­spek­ty­wy, od razu jestem mądrzej­szy, czy przyj­mo­wać role.

 Dla Legal­nej Kul­tu­ry: roz­ma­wia­ła Joan­na Sła­wiń­ska, dzien­ni­kar­ka Pol­skie­go Radia.

Fot. Jaro­slaw Sosiński

Publi­ka­cja powsta­ła w ramach Spo­łecz­nej kam­pa­nii edu­ka­cyj­nej Legal­na Kul­tu­ra.  Legal­na Kul­tu­ra pro­mu­je idee, war­to­ści i posta­wy waż­ne dla wszyst­kich użyt­kow­ni­ków kul­tu­ry w cyfro­wej rze­czy­wi­sto­ści. Zwra­ca uwa­gę, że wol­ność i powszech­ny dostęp do kul­tu­ry budu­ją tak­że zobo­wią­za­nia – przede wszyst­kim wobec jej twórców.

KRONIKA POLICYJNA